W dziejach Rzeczypospolitej było wiele osobliwości, które z biegiem lat obrastały legendą – jedną z nich jest warchoł, bohater lub antybohater szlacheckiej demokracji. Postać barwna, niesforna, krzykliwa, często zatracająca granicę między wolnością a anarchią. Gdy dziś słyszymy, że przewodniczący KRRiT, prof. Andrzej Świrski, nie uznaje uchwały Sejmu RP o postawieniu go przed Trybunałem Stanu, trudno nie zapytać: czy oto mamy warchoła XXI wieku?
Nie chodzi tu o samą ocenę działań Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. O tym, czy pan Świrski naruszył prawo – zadecyduje, miejmy nadzieję, Trybunał Stanu. Problemem nie jest także fakt, że broni się publicznie – to prawo każdego obywatela. Problemem jest retoryczne nieuznanie uchwały Sejmu, który działał na podstawie Konstytucji. Innymi słowy – kwestionowanie samego porządku ustrojowego, który daje mu mandat.
Warchoł w Rzeczypospolitej to postać dobrze znana z podręczników: szlachcic rozpalony miłością do własnej wolności, niechętny kompromisom, z lubością wetujący wszystko, co mogłoby zagrozić jego pozycji. Tacy właśnie warchołowie – wbrew mitowi „złotej wolności” – skutecznie paraliżowali państwo, rozkładając je od środka. Warcholstwo nie polegało na wyrażaniu zdania odrębnego – ono polegało na ostentacyjnym sprzeciwie wobec wspólnotowego porządku, nawet kosztem interesu Rzeczypospolitej.
Brzmi to, zwłaszcza dzisiaj, znajomo?
Wspólczesne państwo nie zna już instytucji liberum veto, ale zna konstytucję, ustawy, procedury, odpowiedzialność przed Trybunałem Stanu. Gdy urzędnik państwowy – wysokiej rangi, dodajmy – nie uznaje decyzji wybranej władzy ustawodawczej, to nie mamy do czynienia z odważnym buntownikiem, tylko z kimś, kto podważa fundament, na którym opiera się całe państwo prawa. Można to ubrać w szaty obrony honoru, można zasłaniać się „zamachem politycznym”, ale jeśli nie uznajemy decyzji Sejmu, to tak, jakbyśmy wyciągali szablę w sejmie szlacheckim.
Nie jesteśmy jednak w XVII wieku. Dziś nie trzeba zwoływać rokoszu, nie trzeba podburzać szlachty – wystarczy konferencja prasowa, wpis w mediach społecznościowych, kilka odpowiednio nacechowanych słów. Tak rodzi się właśnie nowoczesne warcholstwo, bardziej medialne niż militarne, ale równie niebezpieczne dla ładu instytucjonalnego.
Niech nikt nie ma złudzeń – każdy obywatel może krytykować władzę. Ale urzędnik państwowy ma obowiązek respektować decyzje konstytucyjnych organów państwa, nawet jeśli się z nimi nie zgadza. Tym różni się demokracja od anarchii.
Dlatego nie wiemy jeszcze, czy Andrzej Świrski zostanie uznany winnym. Ale już dziś można zadać pytanie: czy jego postawa nie wpisuje się w ten niefortunny polski ciąg: od „złotej wolności”, przez liberum veto, po… delegitymizację Trybunału Stanu?
A jeśli tak, to może naprawdę jesteśmy świadkami narodzin nowego warchoła – w garniturze, z konstytucją w ręku (choć tylko do ozdoby), i z mikrofonem zamiast buzdygana.

