Rada dla niejakiego Jarosława Kaczyńskiego

Osobiście podpisuję się pod radą, jaką niejakiemu Jarosławowi Kaczyńskiemu udzielił Radosław Sikorski, że – cyt.:

”Jak pan chce wyjść z Unii Europejskiej, to proszę bardzo, tropem sędziego Szmyta, przez Terespol, ale my, Polacy, zostajemy w UE, bo jest ona dla nas nadal dobra i nie podważa naszej suwerenności, tylko ją umacnia”.

Narodowy słuchacz

Andrzej Duda o swoim poprzedniku powiedział, że – cytuję – „Prezydent wybrany w wyborach powszechnych przez Naród – nie słuchał Narodu”.

Duda zacytował piosenkę Kazika. „Stary człowiek w barze mlecznym…”

W tej jednej chwili tysiące Polaków, przyklejonych do telewizorów, doznało nagłego ataku konsternacji połączonego z lekkim niedowierzaniem. Bo oto były prezydent Andrzej Duda ogłasił się narodowym słuchaczem, akustykiem vox populi, apostołem szmeru społecznego.

Mogło wyglądać to zapewne tak – siedzi Andrzej Duda na parapecie w Pałacu Prezydenckim, w dłoni porcelanowa filiżanka z herbatą z miodem, za oknem Plac Piłsudskiego, a on – zatapia się w głębokim wsłuchaniu w Naród. Słyszy, jak Naród mówi: „Panie prezydencie, weto!” – i wtedy, jak na złość, akurat wiatr zawiał z drugiej strony. Potem Naród szepcze: „Panie Andrzeju, konstytucja!” – a Duda myśli, że to jakiś obcy wyraz. Ale mimo to słucha. Słucha z poświęceniem, słucha aż do bólu uszu. Słucha tak dobrze, że nawet jak Naród krzyczy, że ma dość, on słyszy tylko: „Jeszcze!”.

Duda – człowiek, który słyszał więcej niż wszyscy, słyszał szepty kobiet, szepty ludowe, szepty z krakowskiego Rynku i z Brukseli. Słyszał nawet szepty wypowiadane w obcych językach, bo, jak sam mówi, uczył się ich całe życie – kiedy jadł, kiedy spał, kiedy leciał i kiedy jechał. Jedynie nie wiadomo, czy uczył się, kiedy myślał, czy tylko myślał, że myśli że się uczy ? Ale po co właściwie prezydentowi myślenie, skoro słuchanie idzie mu tak koncertowo?

W końcu nie każdy może się pochwalić, że rozumiał szepty z Watykanu, z Nowogrodzkiej i z ulicy Wiejskiej jednocześnie. To prawdziwa polifonia władzy. Naród mówił „dość” – Duda słyszał „dzięki!”. Kobiety mówiły „mamy dość ingerencji w nasze prawa” – on słyszał „dziękujemy, że nas chronisz!”. Protestujący skandują „hańba!” – on, z uśmiechem, odpowiadał: „Dziękuję, wzajemnie!”.

Gdy dziś z powagą twierdzi, że jego poprzednik nie słuchał Narodu, trudno nie ulec pokusie zadania pytania: a czy sam Andrzej Duda kiedykolwiek naprawdę usłyszał cokolwiek poza własnym echem? Bo to echo, odbijające się od ścian Pałacu, brzmi podejrzanie znajomo: „Andrzeju, podpisz… podpisz… podpisz…”.

Ale być może się mylę, może prezydent naprawdę słuchał Narodu – tylko akurat tego, który miał włączony głośnik na Nowogrodzkiej. Może wsłuchiwał się w podszepty płynące z za tamtego jednego biurka, spod tej jednej lampki, spod tej jednej ręki, głaszczącej tego jednego kota, tej ręki która trzymała długopis zanim on go przejął.

Idź, nie wracaj, chciałoby się zaśpiewać !

Niejaki panie Kaczyński!

Twierdzisz pan, że – cyt.: „dziś w Polsce prawo nie obowiązuje”. Odpowiadam ci zatem z pełną mocą: „łżesz pan jak pies”. Bo gdyby rzeczywiście tak było, to od dwóch lat siedziałbyś pan, razem z Ziobrą, w pierdlu!

Proste, nawet prostackie ale wymowne bo to cały schemat twojej retoryki: krzyk, oskarżenie, przerzucanie winy na przeciwników.

Kiedy życie publiczne staje się teatrem groteski, scenariusz pisany jest jedną ręką a druga kończyna górna rozdaje brawa i ordery. Obwieszczasz pan, że prawo nie obowiązuje i stajesz twardo po stronie „niesprawiedliwie oskarżonych swoich kolesi” czyli po prostu zakreślasz granice – kto ma być poza prawem, a kto ma być jego interpretatorem. I tak powstaje nowy porządek, który nie opiera się na kodeksie, lecz na przymiotnikach: „moje”, „nasze”, „służbowe”.

A przecież prawo to nie kaprys, nie jest parasolem, który otwierasz, żeby osłonić swoich i zamknąć nad głowami przeciwników. Prawo to szkielet państwa. Jak go składasz i rozkładasz według własnego widzimisię, nie budujesz domu ale budujesz coś w rodzaju zjeżdżalni dla kumpli. I niech nikt nie myśli, że słowa o „braku obowiązywania prawa” to wyłącznie retoryczny fortel. To przypomnienie Narodowi, komu wolno więcej, a komu mniej.

Jest to bardzo groźne uprawomocnienie arbitralności i powiem to brutalnie – jeśli reguły obowiązywałyby tylko wybiórczo, to państwo nie miałoby prawa do miana państwa. Mielibyśmy za to konglomerat prywatnych interesów, konserwatywnego populizmu i zadufania w swoją wyższość i nieomylność. Wtedy rzeczywiście „odsiadka w pierdlu byłoby zapewne zarezerwowane wyłącznie dla tych, którzy źle wybierają barwy klubowe.

Dlatego niejaki panie Kaczyński, niech pan nie udaje, że jesteś pan sędzią, który rozstrzyga, kiedy prawo obowiązuje a kiedy nie. Po prostu jesteś pan tendencyjnym głosem politycznym.

Gdy twierdzisz pan, że „prawo nie obowiązuje”, odpowiadam: niech pan najpierw pokaże, że zasady dotyczą wszystkich, w tym również Zbigniewa Ziobro i jemu podobnych.

Prawdziwą miarą państwa nie jest umiejętność oskarżania o „brak prawa”, lecz odwaga, by stosować prawo wobec wszystkich a także wobec siebie i swoich kolesi.

Dla PiS-u patriotyzm kończy się tam, gdzie zaczyna się księga wieczysta.

W poniedziałek Wirtualna Polska podała, że tuż przed oddaniem władzy przez PiS Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi wydało zgodę na sprzedaż strategicznej działki pod Centralny Port Komunikacyjny (CPK). Transakcji sprzeciwiał się zarząd CPK, który do ostatniej chwili próbował ją zablokować.

Chodzi o 160 hektarów ziemi w gminie Baranów (woj. mazowieckie), które były kluczowe w projekcie CPK. Działka trafiła do wiceprezesa firmy przetwórczej Dawtona Piotra Wielgomasa. Została sprzedana za 22,8 mln zł. Niebawem jej wartość może jednak sięgnąć nawet 400 mln zł. Wszystko dlatego, że wkrótce zmieni ona przeznaczenie. Na ziemi pod uprawę rolną powstaną tory szybkiej kolei do lotniska oraz magazyny, punkty usługowe, a także mieszkania. Działka przed sprzedażą należała do Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa (KOWR). Firma Dawtona dzierżawiła ją od 2008 r.

Tak pisowscy patrioci dorabiają się magnackich majątków  bo w świecie Prawa i Sprawiedliwości „patriotyzm” stał się po prostu walutą. Nie metaforą lecz realną i twardą walutą wymienną, dla której aktualny kurs ustala się codziennie w rytmie partyjnych konferencji, telewizyjnych monologów i partyjnych przekazów dnia o „obronie Polski przed Tuskiem”.

Mechanizm nadużyć i kolesiostwa jest fundamentem tej partii, nie wypadkiem przy pracy. Afera z Robertem Telusem i Rafałem Romanowskim nie jest wcale „incydentem” . To  objaw choroby genetycznej, którą PiS skrzętnie pielęgnuje od lat.

Ustrój, w którym „ziemia ojców” staje się prywatnym kapitałem, a „Bóg, Honor, Ojczyzna” to hasło reklamowe dla beneficjentów publicznych dotacji.

W gruncie rzecz więc, Polska w tej wizji to folwark w którym:

Ziemia – jest dla swoich.
Dotacje – tylko dla swoich.
Oburzenie – też dla swoich, bo nic tak dobrze nie działa w propagandzie jak moralność stosowana wybiórczo.

Polska w dymie cygar

Kiedy z narodowego koncernu unosił się dym kubańskich cygar, ktoś mógł pomyśleć, że to tylko metafora. Że to mgła historii, przez którą Polacy znów idą potykając się o własne złudzenia. Ale to nie była metafora. To był prawdziwy dym – z rachunkami na setki tysięcy złotych, płaconymi z konta firmy, która miała być chlubą narodowej gospodarki.

Oto bilans lat tłustych, które okazały się tłuste tylko dla wybranych. Gdzieś między tankowcem, który nigdy nie dopłynął z Wenezueli, a kampanią referendalną, która nigdy nie miała sensu, rozlało się półtora miliarda złotych. Z publicznej kasy, z naszych kieszeni, z tego, co miało być paliwem przyszłości. Tylko że przyszłość znów ktoś przehulał przy stoliku w restauracji.

Nie był to pierwszy raz, kiedy naród dowiaduje się o „kosztach transformacji moralnej”. Bo oto każde nowe państwo, które rodzi się na zgliszczach poprzedniego, potrzebuje swoich bohaterów i swojego wroga. Wrogowie mają na imię „elity”, „układ”, „ci z Warszawy”. Bohaterowie natomiast noszą marynarki szyte w Mediolanie i uśmiechają się z billboardów, mówiąc, że „Polska wstaje z kolan”. I wstaje – tyle że po to, by po raz kolejny dostać kopniaka w żebra.

Właśnie poznajemy rachunki z bankietu, który odbywał się w czasie, gdy miliony Polaków zastanawiały się, czy ogrzać dom, czy kupić leki. Ale to poznawanie potrwa krótko. Bo w tym kraju rozliczenia zawsze mają termin ważności – do następnych wyborów. A potem? Potem przyjdą nowi, którzy powiedzą, że teraz to oni „posprzątają po tamtych”. I zrobią to samo, tylko z innym logo na krawacie.

Najbardziej gorzka jest świadomość, że w tym wszystkim nie ma nawet zła metafizycznego, żadnej romantycznej zdrady ojczyzny. Jest po prostu banalna, przyziemna chciwość. Obajtek nie jest diabłem. Jest księgowym systemu, który nauczył się, że w Polsce lojalność nie mierzy się etyką, tylko długością politycznej smyczy. I że wystarczy, by wrócił „ich rząd” – wtedy każdy rachunek, każda kontrola, każde pytanie stanie się dowodem zdrady narodowej.

Kiedy więc znów usłyszymy, że „to wszystko to atak na Polskę”, warto pamiętać, że Polska – ta prawdziwa – nie pali cygar za sześćset tysięcy. Polska stoi w kolejce po tańsze paliwo, płaci rachunki za gaz i patrzy, jak kolejne miliardy spływają do rynsztoka dziejów.