
Święta, święta i po świętach


Wiara nie jest rekwizytem. Rekwizyt można odłożyć po zejściu ze sceny, oddać do magazynu kostiumów i wyjąć przy następnej premierze. Wiara – jeśli w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie – powinna działać odwrotnie: krępować ruchy, narzucać ograniczenia, zmuszać do niewygodnych decyzji. Tymczasem w przestrzeni publicznej coraz częściej oglądamy jej groteskową wersję: wiarę-gadżet, wiarę-logo, wiarę przypinaną do klapy marynarki jak znaczek partyjny.
Jak więc nazwać człowieka, który deklaruje przywiązanie do zasad swojej religii, a następnie systematycznie je depcze? Który mówi o pokorze, a praktykuje pychę; o miłości bliźniego, a żywi się pogardą; o prawdzie, a żyje z manipulacji? Najuczciwiej byłoby nazwać go marketingowcem sacrum. Kimś, kto z transcendencji robi baner reklamowy, z krzyża – billboard, a z Ewangelii – slogan wyborczy o zerowej treści, ale wysokiej rozpoznawalności.
To już nie hipokryzja – hipokryzja zakłada jeszcze istnienie jakiegoś wstydu. To raczej cynizm w stanie czystym: świadome używanie symboli wiary jako tarczy ochronnej przed krytyką i pałki do okładania przeciwników. Bóg w tej narracji nie jest źródłem norm, lecz sponsorem kampanii; religia nie jest drogą moralną, lecz narzędziem legitymizacji władzy.
Wiara sprowadzona do rekwizytu przestaje być wiarą. Staje się scenografią dla politycznego teatru, w którym aktorzy zmieniają role, ale kostium świętości noszą zawsze – bo dobrze się sprzedaje. A publiczność? Ma klaskać, milczeć i wierzyć, że dekoracja to treść.

Zmarła Brigitte Bardot , legenda światowego kina, najsłynniejsza francuska od czasów Joanny D”Arc, ikona piękna i seksualności.
Śmierć Brigitte Bardot zamyka epokę, która dziś wydaje się niemal mityczna — epokę kina, w którym gwiazdy nie były jeszcze produktami marketingowymi, lecz zjawiskami kulturowymi, a uroda mogła stać się formą buntu. Odeszła legenda światowego kina, kobieta, która dla Francji była czymś więcej niż aktorką: była symbolem wolności, prowokacji i niepokornej nowoczesności.
Bardot pojawiła się na ekranie w czasie, gdy powojenna Europa wciąż nosiła w sobie traumę ruin, głodu i moralnego rygoru. Jej obecność była jak nagłe uchylenie okna a do wnętrza wdarło się światło, powietrze i obietnica życia bez wstydu. Nie była aktorką „techniczną”, nie budowała ról precyzyjnym rzemiosłem w klasycznym sensie. Jej siłą była naturalność, instynkt, cielesność, która nie prosiła o pozwolenie. Kamera ją kochała, bo nie musiała niczego udawać.
Filmy takie jak I Bóg stworzył kobietę uczyniły z niej ikonę seksualności, ale byłoby uproszczeniem sprowadzać Bardot wyłącznie do statusu obiektu pożądania. W rzeczywistości była jedną z pierwszych kobiet kina, które pokazały, że kobiecość może być autonomiczna, nieujarzmiona, a nawet niewygodna. Nie grała kobiet podporządkowanych, grała kobiety, które istniały dla siebie. W tym sensie stała się nieformalną emancypantką, zanim emancypacja stała się hasłem politycznym.
Fakt, że w 1969 roku jej wizerunek posłużył jako wzór dla Marianne, personifikacji Republiki Francuskiej, był czymś więcej niż artystycznym gestem. Było to symboliczne uznanie, że nowoczesna Francja ma twarz kobiety wolnej, zmysłowej i niezależnej. Bardot stała się pomostem między rewolucyjną tradycją a nowoczesnością lat sześćdziesiątych – Joanną d’Arc bez zbroi, ale z odwagą innego rodzaju.
Paradoksalnie, u szczytu sławy, Bardot wycofała się z kina. Ten gest, dziś niemal niewyobrażalny. był kolejnym aktem nieposłuszeństwa wobec świata, który chciał ją posiadać na zawsze. Odrzuciła rolę wiecznej ikony, wybierając życie na własnych zasadach. Poświęciła się działalności na rzecz ochrony zwierząt, wkładając w nią tę samą bezkompromisowość, która wcześniej definiowała jej obecność na ekranie.
Jej późniejsze lata bywały kontrowersyjne, pełne ostrych sądów i radykalnych opinii. Ale nawet one potwierdzały jedno – Brigitte Bardot nigdy nie była figurą wygodną ani dla władzy, ani dla opinii publicznej. Zawsze mówiła własnym głosem, nawet gdy brzmiał on nieprzyjemnie dla słuchaczy.
Dziś, żegnając Brigitte Bardot, żegnamy nie tylko aktorkę, lecz pewien model wolności — niedoskonałej, instynktownej, czasem sprzecznej, ale autentycznej. Pozostaje po niej kino, obrazy zapisane w zbiorowej wyobraźni oraz pamięć o kobiecie, która odważyła się żyć poza scenariuszem. A takich postaci historia kultury nigdy nie ma zbyt wiele.
Wracam pamięcią do wyborczej kampanii prezydenckiej i do końcowego rezultatu ogłoszonego przez Państwową Komisję Wyborczą. Wytężam swoją nadwątloną wiekiem pamięć i nijak nie mogę sobie przypomnieć ile głosów w prezydenckich wyborach uzyskali Marcin Przydacz, Sławomir Cenckiewicz, Zbigniew Bogucki? Jakie uzyskali poparcie wyborców by dziś mogli przypisywać sobie prezydenckie uprawnienia do publicznego wyrażania swoich osobistych opinii z mocą władczą w politycznym i ekonomicznym systemie państwa ?
Nie mogę też odszukać ani w Konstytucji ani w innych przepisach prawa na jakiej podstawie Marcin Przydacz, Sławomir Cenckiewicz, Zbigniew Bogucki korzystają z tytułów „minister” które to tytuły są właściwe wyłącznie dla członków rządu powołanego przez Sejm RP. Nie przypominam sobie aby Marcin Przydacz, Sławomir Cenckiewicz, Zbigniew Bogucki byli przez Sejm RP powoływani na obecnie zajmowane przez nich stanowiska w Kancelarii Prezydenta.
Konstytucja RP nie przewiduje instytucji „ministrów prezydenckich”. Ministrowie w rozumieniu prawa konstytucyjnego są wyłącznie członkami Rady Ministrów, powoływanymi przez Prezydenta na wniosek Prezesa Rady Ministrów (art. 154–155 Konstytucji). Urzędnicy Kancelarii Prezydenta nie mają podstawy prawnej, aby korzystać z kompetencji właściwych konstytucyjnym ministrom – ich status i uprawnienia wynikają jedynie z ustawy o Kancelarii Prezydenta RP i nie obejmują prerogatyw rządowych.
Konstytucyjna podstawa funkcjonowania ministrów
Status urzędników prezydenckich
Brak podstawy prawnej do „ministrów prezydenckich”
Podsumowując – Konstytucja RP jasno rozdziela kompetencje Prezydenta i Rady Ministrów. Urzędnicy Kancelarii Prezydenta, a zwłaszcza Marcin Przydacz, Sławomir Cenckiewicz, Zbigniew Bogucki nie mogą być traktowani jako ministrowie w sensie prawnym i nie mają prawa korzystać z uprawnień właściwych konstytucyjnym ministrom rządu a publicznie wyrażane przez nich stanowiska są w każdym przypadku tylko i wyłącznie cytatami z opinii samego prezydenta, przekazanymi im do publicznego ogłoszenia.
W kraju, w którym pielęgniarka liczy dyżury, nauczyciel grosze, a robotnikowi emerytura przesuwa się niczym horyzont na pustyni, istnieje zawód, który gwarantuje spokój, luksus i metafizyczną beztroskę. Nie programista. Nie notariusz. Kardynał !
Bo oto w Polsce, tej biednej, skromnej, wiecznie „zaciskającej pasa”, kardynał na emeryturze otrzymuje dwadzieścia pięć tysięcy złotych miesięcznie na swoje kardynalskie, delikatne dłonie. Emerytura nie byle jaka, bez ryzyka, bez reform, bez „waloryzacji poniżej inflacji”. Emerytura jak z Ewangelii — cudowna.
Do tego rezydencja. Zabytkowa. Trzykondygnacyjna. Z ogrodem. Oczywiście ogrodzonym, by pospólstwo – to samo, które słucha kazań o pokorze – nie plątało się pod stopami purpury. Bo bieda jest piękna, ale z daleka.
W tym ogrodzie, o porannej rosie, kardynał będzie układał homilie. O skromności. O uchu igielnym. O miłości bliźniego. O ofiarności. O tym, że „trzeba się dzielić”. Wszystko to w otoczeniu zieleni, ciszy i służby — wprawdzie skromnej, lecz wystarczająco licznej, by starość nie była zbyt ascetyczna.
Posiłki? Wykwintne, ale skromne. Jak przystało na człowieka, który uczy, że „nie samym chlebem żyje człowiek” — zwłaszcza gdy chleb podawany jest na srebrnej tacy.
I tak oto system działa perfekcyjnie: pospólstwo modli się o przetrwanie, duchowny modli się o to, by rosół nie wystygł nalewany do porcelanowej i złoconej zastawy. Jedni składają ofiary „dla ubogich”, drudzy składają homilie o tym, jak piękna jest bieda, gdy się jej nie doświadcza.
W Polsce XXI wieku najpewniejszą więc inwestycją emerytalną nie jest ZUS, IKE ani nieruchomości.
Najpewniejszą inwestycją jest sutanna – najlepiej purpurowa.
W Polsce od lat toczy się fundamentalny spór o jakość państwa, jego bezstronność i praworządność. Spór ten raz po raz ujawnia się w spektakularnych przykładach, które jednocześnie przyciągają uwagę opinii publicznej i odsłaniają stan instytucji. Jednym z takich przykładów jest kwestia uprawnienia do emerytury sędziowskiej Krystyny Pawłowicz – osoby o intensywnym życiorysie politycznym, powołanej do Trybunału Konstytucyjnego mimo poważnych zastrzeżeń prawnych. Eksperci, w tym prof. Marek Chmaj, wskazują, że wybór jej oraz Stanisława Piotrowicza był wadliwy, gdyż oboje nie posiadali biernego prawa wyborczego. To nie jest drobne uchybienie – to fundamentalny brak zgodności z prawem, który powinien skutkować brakiem prawa do świadczeń sędziego TK.
Kiedy społeczeństwo widzi, że prawo nie obejmuje osób na szczytach władzy, trudno oczekiwać, że obywatele będą wierzyć w jego sprawiedliwe stosowanie. Poczucie cynizmu i bezradności staje się naturalną reakcją.
Drugim obszarem, który tę wiarę wystawia na próbę, jest działalność Narodowego Banku Polskiego. Faktem jest, że za czasów prezesury Adama Glapińskiego NBP przekazywał olbrzymie kwoty do budżetu państwa – ale wyłącznie w okresie rządów PiS. Gdy zmieniła się władza, zyski banku centralnego nagle ustąpiły miejsca stratom. Nie sugeruje to automatycznie manipulacji, lecz rodzi pytania o przejrzystość i rzetelność polityki finansowej. Brak zysków w roku, w którym państwo szczególnie ich potrzebuje, uderza nie tylko w finanse publiczne, lecz także w zaufanie społeczne, które jest jednym z najważniejszych kapitałów nowoczesnego państwa.
Tym bardziej uderza kontrast między stratami instytucji a poziomem wynagrodzeń jej władz i wysokich urzędników, a także otoczką luksusu, jaka często towarzyszy publicznym inwestycjom na najwyższych szczeblach. To nie tylko uderza w poczucie sprawiedliwości, ale także w wyobrażenie o odpowiedzialności za dobro wspólne.
Ten dysonans staje się jeszcze bardziej widoczny, gdy zestawi się go z doświadczeniem zwykłego obywatela. Przeciętny Kowalski, budując własny dom, jest poddawany drobiazgowej i często surowej kontroli administracyjnej. Państwo egzekwuje przepisy z precyzją, która kontrastuje z pobłażliwością, a nawet bezradnością wobec wielkich inwestycji powiązanych z podmiotami o dużych wpływach politycznych. Różnica ta podkopuje poczucie równości wobec prawa.
Wreszcie pojawia się wątek moralności publicznej – często głoszonej z wielkim zapałem przez osoby, których życie prywatne nie zawsze pozostaje w zgodzie z nauczanymi ideałami. To zjawisko nie jest nowe, ale w ostatnich latach przybrało szczególną intensywność i jeszcze bardziej ośmiesza moralne roszczenia tych, którzy sami nie żyją zgodnie z głoszonymi zasadami.
Wszystkie te elementy składają się na obraz państwa, w którym część obywateli ma prawo czuć się pozostawiona sama sobie, a niekiedy nawet oszukana. Jednak mimo narastającej frustracji nie jest konieczne odrzucanie idei państwa demokratycznego. Raczej trzeba domagać się konsekwentnego stosowania zasad, które stanowią fundament wspólnoty: równości wobec prawa, przejrzystości działania instytucji oraz realnej odpowiedzialności władz za swoje decyzje.
Odejście Krystyny Pawłowicz z Trybunału Konstytucyjnego zamyka pewną epokę , choć nie taką, o której marzylibyśmy jako obywatele państwa prawa. Była posłanka, a następnie sędzia TK, znana nie tyle z prawniczej erudycji, ile z twitterowych połajanek i publicznych tyrad w bazaroróżyckim stylu, pozostawia po sobie instytucję głęboko zdegradowaną. Jednak to nie sam fakt odejścia wywołuje gorzki uśmiech, lecz sposób, w jaki, już po wszystkim, domaga się państwowych gratyfikacji.
W przestrzeni publicznej słyszeliśmy już różne argumenty „należy mi się”, ale z reguły dotyczyły one ludzi, którzy przynajmniej próbowali maskować swoje roszczenia jakąś formą zasług. W tym przypadku mamy jednak roszczenie całkowicie nagie: wyższa emerytura, odpowiednio hojna odprawa, najlepiej większa niż ta, którą otrzymał były prezydent Andrzej Duda. Nie dlatego, że w system prawa wniosła trwały wkład; nie dlatego, że jej dorobek naukowy zmienił sposób myślenia o konstytucjonalizmie. Lecz dlatego, że była bezwarunkowo lojalna wobec jednej partii i jednego lidera.
Trudno zatem uciec od wrażenia, że chodzi o symboliczną „zapłatę” za lata służby, które w ocenie wielu prawników, przyczyniły się do wypłukania TK z autorytetu. I kiedy teraz pani Pawłowicz oczekuje, by państwo polskie doceniło jej wysiłek, mamy do czynienia nie tylko z roszczeniowością, ale z ciekawym odwróceniem ról – zamiast rozliczenia, pojawia się żądanie nagrody.
To zjawisko charakterystyczne dla ostatniej dekady. Politycy i funkcjonariusze życia publicznego, którzy traktowali instytucje jak narzędzia władzy, wychodzą ze służby państwowej z poczuciem, że zasługują na dodatkowe benefity. To konsekwencja myślenia o państwie nie jako o wspólnym dobru, ale jako o systemie nagród dla swoich.
W tym sensie odejście Pawłowicz staje się metaforą większego procesu, a mianowicie polityki, która przez lata żywiła się emocją, polaryzacją i agresją a teraz żąda finansowego podsumowania swoich działań. Nie ma w tym skruchy ani refleksji. Jest natomiast przekonanie, że należy się coś więcej i to koniecznie z publicznej kasy.
Pozostaje pytanie – czy po takim finale jesteśmy choć o centymetr bliżej odbudowy zaufania do instytucji państwa? Czy raczej po raz kolejny widzimy, jak upadek standardów nie kończy się nawet wraz z odejściem osób, które się do niego przyczyniły?
To gorzki obraz, ale prawdziwy. Epoka się kończy, lecz rachunki, jak zawsze, mają zapłacić obywatele.
W polskiej debacie publicznej regularnie powraca pokusa przedstawiania własnych przeciwników politycznych jako „niedojrzałych”, „niegotowych” lub „niezdolnych” do pełnego uczestnictwa w życiu demokratycznym. To retoryka stara jak sama polityka — bo nic tak skutecznie nie buduje władzy, jak ustawienie siebie w roli rodzica, a obywateli w roli niesfornych dzieci. Jednak kiedy używa się jej w XXI wieku, w kraju o czterech dekadach doświadczeń wolnościowych, brzmi ona szczególnie archaicznie.
Stwierdzenie, że rząd Donalda Tuska „nie dorósł kulturowo do demokracji” i że potrzebne będą pokolenia, aby osiągnąć odpowiedni poziom świadomości, nie jest jedynie złośliwością wymierzoną w przeciwników. To element szerszego światopoglądu, w którym polityka staje się niemal kastowym systemem — gdzie pewna grupa przedstawia siebie jako nosicieli „właściwej” wiedzy i tradycji, a resztę społeczeństwa jako wymagającego wieloletniej reedukacji. To retoryka paternalistyczna, która z góry zakłada, że demokracja jest czymś w rodzaju wspinaczki, a tylko jeden obóz polityczny zna drogę na szczyt.
Taki sposób myślenia pojawiał się już wielokrotnie w historii. Zwykle towarzyszył politykom przekonanym o swojej wyjątkowości — o tym, że reprezentują „prawdziwy naród”, a nie tylko jego część. Z perspektywy czasu wiemy, jak groźne potrafi być takie myślenie: prowadzi nie tylko do polaryzacji, lecz także do delegitymizacji demokratycznych instytucji. Jeśli przeciwnik polityczny ma być „niedojrzały”, to jego prawa mogą być ograniczane „dla dobra wspólnego”. Jeśli wyborcy nie głosują „jak powinni”, można zakwestionować ich kompetencje, a następnie prawa wyborcze czy decyzje parlamentu.
Zestawianie współczesnych sporów politycznych z dramatycznymi przykładami XX wieku nie powinno służyć tanim analogiom, lecz raczej ostrzeżeniom. Historia uczy nas, jak łatwo paternalizm przechodzi w uprzedmiotowienie, a uprzedmiotowienie w nadużycia. Dlatego każde słowa sugerujące, że jakaś grupa Polaków jest „gorsza”, „niedojrzała” czy „niegotowa”, zasługują na szczególną uwagę i krytyczną analizę — niezależnie od tego, kto je wypowiada.
Współczesna demokracja nie opiera się na jedności światopoglądowej, lecz na pluralizmie. Nie na hierarchii dojrzałości, lecz na równości głosu. Nie na przekonaniu, że jedna strona ma naturalny monopol na patriotyzm i wiedzę, lecz na zderzeniu argumentów i wspólnej odpowiedzialności. Podkreślam – wspólnej odpowiedzialności. Dlatego próby przedstawiania społeczeństwa jako „niedojrzałego” są zawsze próbą naruszenia tej podstawowej zasady.
Można mieć różne opinie o rządzie Donalda Tuska, jego kompetencjach czy programie. Ale opinie Kaczyńskiego, odmawiające Tuskowi i jego wyborcom dojrzałości demokratycznej mówią znacznie więcej – zdradzają przekonanie prezesa PiS-u, że demokracja powinna wyglądać inaczej — że powinna być mniej konkurencyjna, mniej różnorodna, bardziej podporządkowana jednej wizji politycznej.
A to paradoksalnie, jest właśnie najpoważniejszym sygnałem niedojrzałości.