Davos 2026, czyli bal na Titanicu w wersji premium

W styczniu światowi przywódcy ponownie wspięli się do Davos – tej alpejskiej świątyni globalnej powagi, gdzie ludzkość co roku ratuje się w hotelowych lobby, przy kanapkach bez glutenu i deklaracjach bez pokrycia. Tegoroczne hasło – „Duch dialogu” – brzmiało jak tytuł poradnika dla polityków, którzy już dawno zapomnieli, że dialog zakłada słuchanie, a nie jedynie czekanie na swoją kolej do mikrofonu.

Davos 2026 nie było więc spotkaniem w sprawie przyszłości świata. Było sympozjum o tym, kto za tę przyszłość nie chce zapłacić.

Największą atrakcją forum był oczywiście Donald Trump, który do Davos przyjechał niczym gwiazda rocka na reunion tour – starszy, głośniejszy i przekonany, że to wszyscy inni dotąd się mylili. Jego wystąpienia przypominały telezakupy Mangera: „Ameryka first, Europa second, Grenlandia – do negocjacji”. Europejscy liderzy reagowali z mieszaniną oburzenia i nostalgii, bo choć Trump mówił rzeczy nieprzyjemne, to przynajmniej mówił je głośno, bez tego charakterystycznego brukselskiego sosu złożonego z półzdań i warunków wstępnych.

Unia Europejska w Davos wystąpiła jak dobrze wychowana orkiestra: wszyscy grali, nikt nie dyrygował. Europejscy politycy z dumą mówili o „wartościach”, „strategicznej autonomii” i „odporności”, jednocześnie sprawdzając w kuluarach, czy ktoś nie podniósł już cen energii albo ceł na ich eksport. Europa w Davos była jak profesor filozofii na siłowni: wie, co jest słuszne, ale niekoniecznie ma siłę to unieść.

Na tle tej konferencyjnej sielanki brutalnie wybrzmiał głos Wołodymyra Zełenskiego, który, wbrew dobremu tonowi, przypomniał, że wojna to nie panel dyskusyjny, a bezpieczeństwo nie rodzi się z prezentacji PowerPoint. Jego przemówienie było jak kubeł zimnej wody w strefie wellness – wszyscy wiedzieli, że ma rację, ale nikt nie przyszedł po to, by czuć się niekomfortowo.

Chińczycy, jak zwykle, mówili najmniej, a słyszani byli najbardziej. Podczas gdy Zachód debatował nad tym, czy świat się rozpada, Pekin zachowywał się tak, jakby już dawno pogodził się z tym faktem i po prostu zbierał kawałki, które jeszcze nadają się do użytku. W Davos Chiny nie musiały nic udowadniać, wystarczyło, że były.

W efekcie Davos 2026 okazało się nie tyle forum rozwiązań, co rytuałem podtrzymywania iluzji, że globalny porządek jeszcze oddycha samodzielnie. Politycy zapewniali, że „musimy działać wspólnie”, ekonomiści ostrzegali, że „czas się kończy”, a wszyscy zgodnie rozjechali się do domów, by robić dokładnie to, co robili przed przyjazdem.

Davos znów spełniło swoją funkcję: pozwoliło elitom uwierzyć, że rozmowa jest formą działania, a obecność – substytutem odpowiedzialności.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *