Wolna Polska wreszcie dojrzała. Dojrzała tak bardzo, że sąd niczym troskliwy rodzic, pochylił się nad bezpodstawnym oskarżeniem o „bardzo poważne, a przy tym odrażające przestępstwa” i rzekł z ojcowską czułością: to nic takiego. Znikoma szkodliwość społeczna. Proszę się rozejść, bluźnierstwo było symboliczne, niemal poetyckie.
Oto bowiem znaczący polityk formacji opozycyjnej, porwany nagłym impulsem moralnym postanowił publicznie oznajmić, że znaczący polityk formacji rządzącej jest potworem. Dowodów brak, faktów brak, wstydu również ale za to są bardzo poważne słowa. A słowa, jak wiemy, w Polsce są lekkie, niemal piórkowe. Zwłaszcza gdy padają z mównicy.
Sąd, ten bastion zdrowego rozsądku, uznał, że w istocie owszem, oskarżenie było bezpodstawne, oszczercze i potencjalnie niszczące reputację ale umówmy się – kto dziś jeszcze traktuje słowa serio? Gdyby każde publiczne pomówienie miało być karane, połowa klasy politycznej musiałaby przejść na tryb offline. A to byłoby barbarzyństwo.
Wyrok przyjęto z entuzjazmem. Paszkwilanci w całym kraju otwierali szampana, felietoniści ostrzyli pióra, a Twitter czyli X zapłonął radością. Od dziś wolno. Oficjalnie. Legalnie. Konstytucyjnie. Można bluzgać na każdego i na wszystkich, w tym, dla zachowania równowagi, na znaczącego polityka formacji opozycyjnej, który przecież również dopuścił się „bardzo poważnych, a przy tym odrażających przestępstw”. Jakich? Nieważne. Skoro brak dowodów działa w jedną stronę, musi działać symetrycznie.
Tak rodzi się nowy standard debaty publicznej: oskarżaj śmiało, sąd i tak uzna, że to drobiazg. Prawda staje się kwestią gustu, fakty – opcją dodatkową, a odpowiedzialność – reliktem minionej epoki, obok kaset VHS i elementarnej przyzwoitości.
Wolność słowa triumfuje. Słowo wolne jest tak bardzo, że nie musi już niczego znaczyć. A jeśli ktoś poczuje się pomówiony? Cóż, najwyraźniej jego krzywda miała znikomą szkodliwość społeczną. Proszę spróbować jutro. Albo na następnej konferencji.