Wszystkie wpisy, których autorem jest admin-fpIxsaau

Paszkwilant bez konsekwencji

Wolna Polska wreszcie dojrzała. Dojrzała tak bardzo, że sąd niczym troskliwy rodzic,  pochylił się nad bezpodstawnym oskarżeniem o „bardzo poważne, a przy tym odrażające przestępstwa” i rzekł z ojcowską czułością: to nic takiego. Znikoma szkodliwość społeczna. Proszę się rozejść, bluźnierstwo było symboliczne, niemal poetyckie.

Oto bowiem znaczący polityk formacji opozycyjnej, porwany nagłym impulsem moralnym postanowił publicznie oznajmić, że znaczący polityk formacji rządzącej jest potworem. Dowodów brak, faktów brak, wstydu również ale za to są bardzo poważne słowa. A słowa, jak wiemy, w Polsce są lekkie, niemal piórkowe. Zwłaszcza gdy padają z mównicy.

Sąd, ten bastion zdrowego rozsądku, uznał, że w istocie owszem, oskarżenie było bezpodstawne, oszczercze i potencjalnie niszczące reputację ale umówmy się – kto dziś jeszcze traktuje słowa serio? Gdyby każde publiczne pomówienie miało być karane, połowa klasy politycznej musiałaby przejść na tryb offline. A to byłoby barbarzyństwo.

Wyrok przyjęto z entuzjazmem. Paszkwilanci w całym kraju otwierali szampana, felietoniści ostrzyli pióra, a Twitter czyli X zapłonął radością. Od dziś wolno. Oficjalnie. Legalnie. Konstytucyjnie. Można bluzgać na każdego i na wszystkich, w tym, dla zachowania równowagi, na znaczącego polityka formacji opozycyjnej, który przecież również dopuścił się „bardzo poważnych, a przy tym odrażających przestępstw”. Jakich? Nieważne. Skoro brak dowodów działa w jedną stronę, musi działać symetrycznie.

Tak rodzi się nowy standard debaty publicznej: oskarżaj śmiało, sąd i tak uzna, że to drobiazg. Prawda staje się kwestią gustu, fakty – opcją dodatkową, a odpowiedzialność – reliktem minionej epoki, obok kaset VHS i elementarnej przyzwoitości.

Wolność słowa triumfuje. Słowo wolne jest tak bardzo, że nie musi już niczego znaczyć. A jeśli ktoś poczuje się pomówiony? Cóż, najwyraźniej jego krzywda miała znikomą szkodliwość społeczną. Proszę spróbować jutro. Albo na następnej konferencji.

Davos 2026, czyli bal na Titanicu w wersji premium

W styczniu światowi przywódcy ponownie wspięli się do Davos – tej alpejskiej świątyni globalnej powagi, gdzie ludzkość co roku ratuje się w hotelowych lobby, przy kanapkach bez glutenu i deklaracjach bez pokrycia. Tegoroczne hasło – „Duch dialogu” – brzmiało jak tytuł poradnika dla polityków, którzy już dawno zapomnieli, że dialog zakłada słuchanie, a nie jedynie czekanie na swoją kolej do mikrofonu.

Davos 2026 nie było więc spotkaniem w sprawie przyszłości świata. Było sympozjum o tym, kto za tę przyszłość nie chce zapłacić.

Największą atrakcją forum był oczywiście Donald Trump, który do Davos przyjechał niczym gwiazda rocka na reunion tour – starszy, głośniejszy i przekonany, że to wszyscy inni dotąd się mylili. Jego wystąpienia przypominały telezakupy Mangera: „Ameryka first, Europa second, Grenlandia – do negocjacji”. Europejscy liderzy reagowali z mieszaniną oburzenia i nostalgii, bo choć Trump mówił rzeczy nieprzyjemne, to przynajmniej mówił je głośno, bez tego charakterystycznego brukselskiego sosu złożonego z półzdań i warunków wstępnych.

Unia Europejska w Davos wystąpiła jak dobrze wychowana orkiestra: wszyscy grali, nikt nie dyrygował. Europejscy politycy z dumą mówili o „wartościach”, „strategicznej autonomii” i „odporności”, jednocześnie sprawdzając w kuluarach, czy ktoś nie podniósł już cen energii albo ceł na ich eksport. Europa w Davos była jak profesor filozofii na siłowni: wie, co jest słuszne, ale niekoniecznie ma siłę to unieść.

Na tle tej konferencyjnej sielanki brutalnie wybrzmiał głos Wołodymyra Zełenskiego, który, wbrew dobremu tonowi, przypomniał, że wojna to nie panel dyskusyjny, a bezpieczeństwo nie rodzi się z prezentacji PowerPoint. Jego przemówienie było jak kubeł zimnej wody w strefie wellness – wszyscy wiedzieli, że ma rację, ale nikt nie przyszedł po to, by czuć się niekomfortowo.

Chińczycy, jak zwykle, mówili najmniej, a słyszani byli najbardziej. Podczas gdy Zachód debatował nad tym, czy świat się rozpada, Pekin zachowywał się tak, jakby już dawno pogodził się z tym faktem i po prostu zbierał kawałki, które jeszcze nadają się do użytku. W Davos Chiny nie musiały nic udowadniać, wystarczyło, że były.

W efekcie Davos 2026 okazało się nie tyle forum rozwiązań, co rytuałem podtrzymywania iluzji, że globalny porządek jeszcze oddycha samodzielnie. Politycy zapewniali, że „musimy działać wspólnie”, ekonomiści ostrzegali, że „czas się kończy”, a wszyscy zgodnie rozjechali się do domów, by robić dokładnie to, co robili przed przyjazdem.

Davos znów spełniło swoją funkcję: pozwoliło elitom uwierzyć, że rozmowa jest formą działania, a obecność – substytutem odpowiedzialności.

Logika plasteliny

Przerażające w logice PiS jest to , że jest ona plasteliną, którą ugniata się ją w zależności od potrzeb dnia. Trump? Trzeba zrozumieć. Tusk? Trzeba potępić. Jednemu wolno mówić wszystko, bo „i tak nie zrobi”. Drugiemu nie wolno mówić nic, bo „na pewno zrobi”.

PiS z zachwytem kiwa głowami nad trumpowskim freestyle’em stylem uprawiania polityki, balansującym między stand-upem a groźbą międzynarodowego kryzysu. Widocznie styl jest problemem tylko wtedy, gdy nie płynie z odpowiedniej strony.

A obywatel? Obywatel ma słuchać, nie myśleć i – broń Boże – nie porównywać. Bo porównania są groźne. Mogą ujawnić, że problemem PiS nie jest styl Donalda Tuska, lecz sam fakt jego istnienia. A to już nie kwestia retoryki. To kwestia obsesji a tej, niestety, żadna taktyka negocjacyjna nie przykryje.

Demokracja umiera od tchórzliwej ciszy

To nie jest już felieton. To nie jest też pamflet. To jest krzyk ochrypły, wściekły i bezradny, wydarty z gardła ludzi, którzy jeszcze pamiętają, że państwo miało być czymś więcej niż atrapą z kartonu po bananach.

W Polsce dnia dzisiejszego, uczciwy obywatel może spać spokojnie tylko wtedy, gdy śpi głęboko i bez snów. Bo na jawie widzi rzeczy, które podważają sens płacenia podatków, przestrzegania prawa i uczenia dzieci, że „nie wolno kraść”.

Oto bowiem złodziej, aferzysta, oszust i polityczny cwaniak nie musi już chować się w piwnicy ani kombinować z egzotycznymi paszportami. Wystarczy Budapeszt. Ciepły, gościnny, ideologicznie zaprzyjaźniony. Tam można przeczekać. Tam można „być prześladowanym”. Tam można, o ironio historii, odgrywać rolę uchodźcy politycznego, dokładnie tak, jak robili to kiedyś ludzie naprawdę łamani przez system. Różnica jest tylko jedna – tamci uciekali przed władzą, ci uciekają przed odpowiedzialnością.

Jak słabe musi być państwo, które spuszcza wzrok, które nie potrafi nazwać rzeczy po imieniu, bo boi się, że ktoś się obrazi?
Jak kruche musi być państwo, które drży przed własnymi byłymi zarządcami, jakby wciąż trzymali klucze do sejfu, archiwów i teczek z podsłuchami Pegasusa?

Mamy rząd demokratyczny ? Owszem  ! Mamy instytucje ? Teoretycznie ! Mamy prawo ? Zapisane ! Ale kiedy przychodzi do konfrontacji z ludźmi, którzy przez lata uczyli się, jak to prawo wyginać, omijać i gwałcić w białych rękawiczkach, państwo nagle zaczyna mówić szeptem. Bo może destabilizacja ? Bo może oskarżenia o „rewanżyzm” ? Bo może znowu krzyk o „dyktaturze” ?

I tak w imię świętego spokoju toleruje się bezkarność.

Tymczasem zaś, to co oglądamy, nie jest zwykłym oporem aktualniej opozycji. To polityczny sabotaż, systemowe podważanie każdego działania państwa, każdej decyzji, każdego gestu naprawy. To ciągłe oskarżanie rządu o zdradę, o agenturalność, o zamach na demokrację – dokładnie przez tych, którzy przez lata traktowali państwo jak prywatny folwark, a konstytucję jak sugestię. I najgorsze jest to, że ten sabotaż działa.
Bo trafia na miękkie, przestraszone, nadmiernie poprawne struktury władzy, które zamiast powiedzieć: „Sprawdzam”, wolą mówić: „Poczekajmy”.

A przestępcy to uwielbiają. Przestępcy zawsze uwielbiają czekanie.

Każdy dzień bezkarności to policzek dla tych, którzy żyją uczciwie – dla przedsiębiorcy, który płaci podatki, dla urzędnika, który nie „załatwia”, dla obywatela, który wciąż wierzy, że prawo i sprawiedliwość nie jest tylko dekoracją.

Ale jeżeli można kraść miliony a potem bezkarnie i bez przeszkód uciec do „bratniego kraju”, jeśli można niszczyć instytucje i liczyć na polityczny parasol, jeśli można pluć na państwo, a potem domagać się ochrony, to po co być uczciwym?

Ten esej nie jest prośbą. Nie jest apelem o dialog. Nie jest nawet ostrzeżeniem.

To akt oskarżenia wobec bezsilności, która zaczyna być współwinna. Bo państwo, które nie egzekwuje prawa wobec najsilniejszych, w istocie zdradza najsłabszych.

A historia, ta prawdziwa, nie partyjna ani nie ta z IPN-u, ma jedną brutalną cechę:
ona zawsze wystawia rachunek i nigdy nie przyjmuje wymówek w stylu: „Baliśmy się, że będzie głośno”.

Bo demokracja nie umiera od hałasu. Ona umiera od tchórzliwej ciszy.

Nowa tradycja

11 stycznia 2026 roku odbyła się nowo tworzona tradycja czyli uroczystość przejęcia zwierzchnictwa nad kibicami.

– Czołem kibice ! – rozległo się wzniośle na ich powitanie.

– Czołem panie rezydencie –zagrzmiało w odpowiedzi tysiące kibicowskich, oszalikowanych gardeł.

Na zakończenie uroczystości wykonano wiązankę patriotycznych i religijnych pieśni w których zamiast Amen, śpiewano- „Raz sierpem, raz młotem – czerwoną chołotę”.

Mina i uśmiech dopiero co oficjalnie ustanowionego zwierzchnika kibiców były w tych momentach jaśniejsze od najjaśniejszych kiedykolwiek promieni Słońca.