W przedpokoju europejskiej dyplomacji.

Francja, Niemcy i Wielka Brytania postanowiły opracować plan zakończenia wojny na Ukrainie… bez Polski. Jak to? Bez Warszawy, stolicy geopolitycznego wszechświata, bez Karola, bez Donalda i bez stojącymi jak cień za ich plecami – Jarosława ? Skandal!

A może jednak… logika?

Bo co tam sobie w stolicach Europy pomyślano: „Zaprosimy Polskę”, a spoglądając na nasze podwórko – jak w kabarecie. Rząd mówi jedno, prezydent drugie, parlament trzecie, a Kaczyński z ojcem Rydzykiem czwarte. Nad Wisłą nie trzeba nawet robić konferencji prasowych – wystarczy włączyć TV i obserwować, który obóz dziś na kogo ma focha.

Prezydent wetuje wszystko, co nie mieści się w jego kalendarzu, premier udaje, że nie widzi prezydenta, rząd chowa głowę w ramionach jak struś w piasek, a ostateczne decyzje i tak zapadają „na Żoliborzu”.

Zachodni negocjatorzy spojrzeli więc na mapę, potem na polską scenę polityczną i doszli do wniosku, że nie ma sensu zapraszać kogoś, kto i tak musi najpierw zapytać: „A co na to Jarek?”, „Czy Karol się nie obrazi?” i „Czy ojciec dyrektor pobłogosławi?”.  Jak tu rozmawiać poważnie, kiedy partnerem jest kraj, który sam siebie nie bierze na serio?

Bo jak ma wyglądać taka konferencja?

– Francja proponuje rozejm.
– Niemcy ustalają warunki realizacji.
– Wielka Brytania przygotowuje gwarancje bezpieczeństwa.
– A Polska? Polska wysyła oficjalne stanowisko: „Decyzja zapadnie po naradzie u prezesa, ale bez kamer i bez stenogramów. Prosimy o cierpliwość. Szef BBN-u poinformowany, a Prezydent się nie zgadza. Rząd coś tam słyszał, ale nie może nic zrobić, bo prezydent się nie zgadza.”

Polska wypadła więc z fotela przy stole, bo trudno brać na serio takie państwo, którego oficjalne stanowiska można ustalać jedynie dzwoniąc  do zaprzyjaźnionych klubów bokserskich, w okolice Żoliborza w Warszawie i do Torunia. A Europa, jakkolwiek by ją krytykować, wciąż naiwnie zakłada, że decyzje państw powinny wynikać z konstytucyjnych kompetencji, a nie z tego, komu udało się dorwać mikrofon na zjeździe partyjnym.

I tak NATO, UE i wielka dyplomacja idą naprzód – bez Polski, która sama postanowiła stać z boku, przyglądając się zza płotu i mamrocząc coś o „zdradzie elity Zachodu”. Tyle że trudno mówić o zdradzie, jeśli najpierw samemu oddaje się państwo w ręce ludzi, którzy uznali, że instytucje są jedynie dekoracją, a polityka zagraniczna – obowiązkiem, od którego można wziąć L4.

Europa więc rozmawia o wojnie i pokoju.
Polska rozmawia o wetach i o tym, czy prezydent ma prawo być prezydentem jeśli rząd uważa że nie ma – oraz odwrotnie.

A jak ktoś ich zapyta, czemu nas tam nie ma – to najczęściej odpowiedź brzmi  – nie „bo Zachód nas nie lubi”, „bo nam nie dowierza”.

Czy zapłoną stosy ?

Kiedyś polscy politycy jeździli na emigrację, by walczyć o wolność narodu. Dziś – by robić tabelki w Excelu i w Budapeszcie układać listy, kto pójdzie siedzieć, jak „prawdziwi patrioci” powrócą w Polsce do władzy.

Opublikowana przez Marcina Romanowskiego lista kilkuset osób, które – w ocenie środowiska PiS – miałyby odpowiadać przed sądami w razie powrotu dawnej władzy, jest sygnałem czegoś znacznie szerszego niż emocjonalna reakcja polityka pozostającego w konflikcie z wymiarem sprawiedliwości.

To symbol przechodzenia części polskiej klasy politycznej od narracji demokratycznej do logiki rewolucyjnej ,wedle której polityczni przeciwnicy nie są przeciwnikami lecz „zdrajcami”, „wrogami”, „ludźmi do rozliczenia”. To słownictwo służy mobilizacji gniewu i uzasadnianiu odwetu i nie służy jakiejkolwiek dyskusji.

Historia pokazuje, że listy wrogów zawsze pojawiają się tam, gdzie polityka staje się polaryzacją totalną, prawo zostaje sprowadzone do instrumentu walki a przeciwnik traci status obywatela i zostaje sprowadzony do roli kogoś, kogo trzeba unieszkodliwić.

W tym sensie lista Romanowskiego nie jest jedynie kontrowersyjną publikacją w internecie. Może być zwiastunem obecnego sposobu myślenia w wielu strukturach PiS. Z zapowiedzi Jarosława Kaczyńskiego wynika, że „rozliczenia” są nie tylko elementem retoryki kampanijnej ale są one realnym projektem politycznym.

Zjawisko to ma także wymiar kulturowy. Polityka oparta na resentymencie i karaniu wzmacnia podział społeczny i przekonanie, że druga połowa społeczeństwa jest nie tylko w błędzie i  stanowi sobą zagrożenie. Państwo przestaje być wspólną przestrzenią, a staje się narzędziem kontroli i selekcji na patriotów i zdrajców, na klaszczących prezesowi i na tych co się krzywią na jego widok itp. Itd.

Oczywiście w demokracji rozliczenia są czymś naturalnym – pod warunkiem, że odbywają się w ramach prawa i na podstawie rzeczywistych naruszeń. Problem zaczyna się jednak w chwili, gdy listy przeciwników powstają nie w sądach i nie w instytucjach, ale w gabinetach partyjnych lub na emigracyjnych blogach.

Dlatego rodzące się pytanie „czy zaczęło się polowanie na czarownice?” nie jest publicystyczną przesadą. To pytanie o granice demokracji, o kulturę debaty i o to, czy po zmianie władzy państwo wypełni swoje instytucjonalne funkcje – czy stanie się narzędziem odwetu ?

Jeśli więc polityka w Polsce ma wrócić do normalności, musi wrócić do rozmowy, a nie do katalogowania wrogów.

Obawiam się jednak, że lubiąca się powtarzać historia, powtórzy się jeśli PiS ponownie przejmie władzę. Najpierw jest lista. Potem czystki. Potem obozy – początkowo medialne, potem fizyczne. Każdy, kto zna podręcznik z dwudziestowiecznej historii – ten grubszy, co w liceum ledwo mieścił się w plecaku – wie, dokąd takie rzeczy prowadzą.

Fakt, że takie listy powstają mówi jedno – PiS marząc o zwycięstwie, zaczął też marzyć o zemście.

Małżeństwo Plus, czyli 40 tysięcy na miłość, bigos i disco polo

PiS postanowił odkryć na nowo tajemnicę długotrwałej miłości i trwałości rodziny. Nie psychologia, nie komunikacja, nie dojrzałość emocjonalna, nie wspólne wartości. Nie – tajemnicą jest 40 tysięcy złotych. Tyle ma podobno kosztować „Małżeństwo Plus” – program, w którym państwo nie tylko kocha obywatela, ale jest gotowe zapłacić, aby również obywatel pokochał obywatelkę. I odwrotnie.

No dobrze – ale jaki jest sens?

Za 40 tysięcy to wielkiego wesela się nie zrobi, raczej – jak mawiał klasyk – „przyjęcie z zimną płytą i akordeonem zza kanapy”. Bo przecież jak tu urządzić godne wesele, kiedy:

  • kapela za trzy godziny gry liczy tyle, co roczne PKB San Marino,
  • salę weselną trzeba rezerwować cztery lata wcześniej, a i tak dostaniemy piwnicę z kotłownią w bonusie,
  • wódka kosztuje więcej niż paliwo lotnicze,
  • a wiejski stół – o, panie – dziś to już stolica gastronomiczna eventów, a nie jakieś tam ogórki i smalec.

Więc co tu dużo mówić – 40 tysięcy to drobniaki. Takie „dziękujemy za udział w programie – resztę dopłaci pan młody z pieniędzy pożyczonych od świadków”.

Dlatego niniejszym składam publiczny apel do pana Marczuka:

Panie Bartoszu, niech pan wejdzie do prezesa na kolanach i wybłaga drugie tyle.

Bo co to za program „Małżeństwo Plus”, gdy nie starcza nawet na porządną orkiestrę i beczkę śledzi? Jak się państwo bierze za budowanie polskiej rodziny, to niech to robi z rozmachem, w stylu staropolskim:

  • wesele trzy dni,
  • poprawiny cztery,
  • reanimacja pięć.

Z 80 tysięcy to już można myśleć o imprezie, na której nikt nie będzie musiał kraść kotleta do kieszeni „na jutro”.

A kto wie – jak program wypali, to PiS mógłby pójść krok dalej:

  • Złote Gody Plus – 50 tysięcy za to, że się wytrzymało.
  • Rozwód Minus – zwrot dopłaty przy przedwczesnym zejściu z małżeńskiego okrętu.
  • Teściowa Neutral – bonus na melisę i psychiatrię.

A na końcu, po kilku latach rządzenia – polska demografia odżyje, budżet padnie, ale za to w każdym powiecie powstaną Narodowe Domy Weselne im. Jarosława Kaczyńskiego.

Chapeau bas !

Jak poinformował onet.pl, w jednym z oświęcimskich supermarketów, 65 letnia seniorka ukradła jedzenie bo była głodna a nie stać jej było na żadne zakupy. Wezwani do interwencji Policjanci zapłacili za produkty i oddali je seniorce. Takiej właśnie policji potrzebujemy  –  wrażliwej, empatycznej, z wrażliwym poczuciem sprawiedliwości a nie jak za czasów PiS – pilnującej willi niejakiego prezesa i ślepo machającej mieczem Temidy.

Panowie Policjanci z Oświęcimia – chapeau bas !

Konstytucja, prerogatywy i granice urzędniczych uprawnień

Spór wokół wypowiedzi Marcina Przydacza, urzędnika Biura Polityki Międzynarodowej Prezydenta RP, każe zadać kilka zasadniczych pytań – nie politycznych, lecz ustrojowych. Najważniejsze z nich brzmi: na jakiej podstawie przedstawiciel Kancelarii Prezydenta publicznie wzywa do „opamiętania” konstytucyjnego ministra spraw zagranicznych i wicepremiera rządu Rzeczypospolitej?

Radosław Sikorski, komentując próby rozszerzania prezydenckich kompetencji, odwoływał się do Konstytucji. Krytykował konkretne działania i ich zgodność z ustawą zasadniczą. To legalny, demokratyczny i dopuszczalny głos członka rządu. Tymczasem reakcją ze strony Pałacu było polityczne napomnienie, udzielone przez urzędnika, a nie przez prezydenta, premiera czy organ konstytucyjny.

Trudno wskazać w Konstytucji RP przepis, który przyznawałby przedstawicielowi prezydenckiego biura kompetencje do publicznego oceniania działań ministra władzy wykonawczej. Konstytucja określa pozycję prezydenta, ministrów, rządu, Sejmu oraz modeli ich współdziałania. Nie przewiduje jednak, by urzędnicy Kancelarii Prezydenta występowali w roli nadzorców lub wychowawców rządu.

Ten problem narasta od miesięcy. Zauważalne jest stopniowe przesuwanie proporcji władzy – nieformalnych, ale odczuwalnych – w stronę Pałacu Prezydenckiego. Prezydent coraz częściej mówi w imieniu państwa, a nie własnych prerogatyw; coraz częściej przemawiają też w jego imieniu urzędnicy, sugerując jak powinno wyglądać zachowanie Premiera, ministrów, rządu czy większości parlamentarnej.

Zwraca uwagę przytoczone przez krytyków zdanie, że „prezydent nie reprezentuje Polski, tylko swoją kancelarię”. Choć to oczywiste uproszczenie, wskazuje na problem realny – granica między rolą prezydenta a rolą jego zaplecza politycznego zaczyna się rozmywać. Ot, nowy ustrój – Rzeczpospolita Urzędnicza.

Sytuację dodatkowo wzmacnia symbolika – choćby niedawno wyświetlane na fasadzie Pałacu Prezydenckiego projekcje, odbierane przez wielu jako polityczna manifestacja. To dla części opinii publicznej sygnał, że urząd prezydenta bywa wykorzystywany nie jako neutralny strażnik Konstytucji, ale jako uczestnik bieżącego sporu.

W dojrzałej demokracji to niebezpieczne. Minister ma prawo krytykować działania prezydenta, jeśli uważa je za niezgodne z Konstytucją. Prezydent ma prawo odpowiedzieć. Ale taka debata powinna odbywać się na poziomie konstytucyjnych organów państwa ale w żadnym przypadku nie w formie pouczeń wygłaszanych przez urzędników, którzy żadnej demokratycznej legitymacji do tego nie posiadają.

I to jest w tym sporze najważniejsze: nie kto ma rację politycznie, lecz kto ma prawo wypowiadać się w imieniu państwa.

Spory między rządem a prezydentem mogą i będą się zdarzać. Ale powinny odbywać się w granicach wyznaczonych przez Konstytucję – nie poza nimi.

Bezkarność jako tradycja ustrojowa

Historia współczesnej Polski uczy nas jednej rzeczy: każde bezprawie, jeśli przetrwa dostatecznie długo, staje się obyczajem. Tak oto prezydencka bezkarność, ugruntowana za czasów Andrzeja Dudy, dziś kwitnie w najlepsze pod ręką jego następcy. Decyzja Karola Nawrockiego o odmowie powołania 46 sędziów nie wzięła się znikąd – to nie incydent, lecz logiczna konsekwencja zaniechań poprzedników.

Kiedy Duda łamał Konstytucję, czyniąc z niej instrument partyjnej woli, elity polityczne i prawnicze ograniczały się do gróźb i konferencji. Zapowiadano Trybunał Stanu, debatowano o „precedensie”, a potem – jak zwykle – nic. Władza zobaczyła, że granice prawa można przesuwać bezkarnie, jeśli robi się to z odpowiednią dozą arogancji i uśmiechu przed kamerą.

Dzisiejszy główny lokator prezydenckiego pałacu zrozumiał lekcję: bezkarność nie jest ryzykiem – jest przywilejem urzędu.
Odmowa powołania sędziów, tylko dlatego, że mieli wątpliwości wobec kompetencji głowy państwa, to symboliczny gest: „Albo uznajesz moją władzę, albo nie istniejesz w systemie”.
Tak oto konstytucyjna niezależność sądów zostaje przekształcona w zależność personalną, a lojalność wobec prawa zastąpiona lojalnością wobec głównego lokatora w pałacu prezydenckim.

Tusk i Żurek grzmią, lecz grzmoty te rozchodzą się w pustce. Bo dziś trudno moralizować z pozycji tych, którzy wczoraj milczeli. Ich zaniechanie stało się fundamentem obecnego bezprawia. Jeśli dotąd nie rozliczono Dudy, dziś nikt nie rozliczy Nawrockiego. Państwo prawa nie upada z dnia na dzień – ono się rozsypuje, jak stary dom, z którego co chwilę ktoś usuwa cegłę, aż budynek runie.

A my, obywatele, pozostajemy w roli widzów i degustatorów, karmionych co kadencję nową wersją tej samej potrawy: gęstego, ciężkostrawnego żurku hipokryzji.

Najwybitniejsi

„Najwybitniejszy polski menedżer jest dzisiaj wściekle atakowany za to, że z polskiej firmy petrochemicznej zrobił koncern multienergetyczny, który zaczął się liczyć w Europie i na świecie” – stwierdził także najwybitniejszy, po Janie Pietrzaku oczywiście, polski intelektualista, poseł na Sejm – niejaki Jarosław Kaczyński, skądinąd nazywany też prezesem.

Na te złote myśli zareagowało biuro prasowe Orlenu.

„Panie Pośle, manager, o którym Pan wspomina, nie jest atakowany za tworzenie koncernu multienergetycznego” – wyjaśnia spółka i wylicza sprawy, które jej zdaniem wymagają wyjaśnienia:

  • „14 miliardów zł zmarnotrawione w błędnie zaplanowanej inwestycji w Olefiny,
  • ⁠3,5 miliarda zł strat w przedwyborczej „epidemii awarii dystrybutorów”, która zagroziła bezpieczeństwu energetycznemu Polski,
  • 1,6 miliarda zł przekazane tajemniczym (rzekomym) pośrednikom handlu ropą,
  • wykorzystywanie środków spółki na prywatne cele.”

Na końcu wpisu spółka podkreśliła, że  od momentu odejścia „wspomnianego, najzdolniejszego menedżera”, wartość Orlenu wzrosła o ok. 40 miliardów złotych.

Po tym wszystkim zachodzę w głowę dlaczego Jarosław Kaczyński nie zatrudnił jeszcze Daniela Obajtka w spółce Srebrna żeby przekształcił ją , tak jak Orlen, w multikoncern liczący się w Europie i na świecie ?

Z pozycji zarządzającego spółką Srebrna, Daniel Obajtek mógłby przecież z jeszcze lepszym powodzeniem i na wieczną chwałę Jarosława Kaczyńskiego :

  • zainwestować 14 miliardów w podobne do Olefin, jakieś inne olśniewające przedsięzwzięcia
  • ⁠wykupić za 3,5 miliarda zł dystrybutory i sprzedawać za pół darmo benzynę
  • przekazać na lewo i na prawo 1,6 miliarda zł różnym tajemniczym (rzekomym) pośrednikom
  • z jeszcze większą swobodą i całkowicie bez ograniczeń i jakiejkolwiek kontroli, wykorzystywać środków spółki na prywatne cele, w tym upiększające boskie ciało Obajtka, pieszczące jego królewskie podniebienie i jelito cienkie z grubym włącznie, na zaspakajanie, nic to że niezdrowych, nawyków palenia kubańskich cygar czy spijania wyłącznie oryginalnych francuskich szampanów, szkockiej whiskey i takich tam innych typowych używek, z których korzystają codziennie – od śniadania do kolacji – wszyscy polscy Kowalscy (z wyjątkiem Janusza, ma się rozumieć bo on nie jest zwyczajny).

Szkoda dalszych słów, zwłaszcza tych, które same cisną się na język !