To zdanie brzmi jak herezja rzucona w sam środek świątyni lizusostwa. Jakby ktoś nagle wszedł do konkursu na najgłębszy ukłon i zapytał: „Przepraszam, a czy kręgosłup nie jest tu jeszcze potrzebny?”
Bo wazeliniarstwo, jak się okazuje, nie jest nieskończone. Ma swoje granice. Czerwone. Ostrzegawcze. Jak linia na drodze, za którą zaczyna się już nie pochlebstwo, lecz coś na kształt zawodowego i intelektualnego samounicestwienia.
Do pewnego momentu można jeszcze z godnością chwalić przełożonego za wizjonerską decyzję zamknięcia drzwi, które i tak były zamknięte. Można klaskać, gdy odkrywa Amerykę, stojąc w Radomiu. Ale przychodzi chwila, gdy wazelina przestaje być środkiem smarnym, a staje się substancją toksyczną — rozpuszczającą resztki rozumu, pamięci i wstydu.
Czerwona linia pojawia się wtedy, gdy pochwała zaczyna zaprzeczać rzeczywistości w stopniu wymagającym osobnej terapii. Gdy „deszcz” trzeba nazywać „innowacyjnym programem nawadniania”, a „porażkę” — „sukcesem w wersji beta”. Wtedy nawet najbardziej wytrenowany wazeliniarz powinien się zatrzymać, spojrzeć w lustro i zapytać: czy jeszcze chwalę, czy już znikam jako osoba, która przecież ciągle się uczyła ale niczego się nie nauczyła?
Można się schylać nisko, ale nie warto wczołgiwać się pod własną godność. Nawet wazelina ma temperaturę topnienia. A po jej przekroczeniu zostaje już tylko plama.