Mapa Polski zrobiona z fobii i kompleksów

Jak prezes coś powie, zwłaszcza o Niemcach, to internet natychmiast zamienia się w emocjonalne pole bitwy. Mapki wyborcze, memy, komentarze – oto nowa broń w wojnie o polską duszę. „Ziemie odzyskane głosują na Platformę, bo to Niemcy” – piszą jedni. „Wschód prawdziwie polski, wierny PiS” – odpowiadają drudzy.

Tak powstaje nowa wersja starych granic: nie wzdłuż Odry i Bugu, lecz między umysłami, które karmione są prostą propagandą. W tym świecie Zachód jest skażony, Wschód uświęcony, a Polska rozciąga się nie między miastami, lecz między emocjami.

Historia w roli młotka propagandowego

Polityczna narracja o „poniemieckości” działa, bo jest stara jak sam mechanizm władzy – dziel i rządź. Nie trzeba mówić wprost. Wystarczy kilka sugestii, półuśmiech, zdanie zaczynające się od „bo wiadomo, jak tam jest”. Fakty są zbędne. Fakty komplikują.

Kiedy ktoś przypomina, że większość mieszkańców Zachodu to potomkowie repatriantów z Kresów, którzy po wojnie odbudowywali miasta cegła po cegle – nikt nie słucha. Gdy mówi, że to właśnie te „poniemieckie” regiony stały się symbolem modernizacji i społecznej przedsiębiorczości – reakcja jest chłodna. Bo fakty nie wzbudzają emocji. A emocje są walutą współczesnej polityki.

Zamiast pamięci – przekaz dnia

To, co nazywamy dziś „polityką historyczną”, coraz częściej przypomina emocjonalną inżynierię społeczną. Nie chodzi o to, by zrozumieć przeszłość, lecz by na niej budować tożsamość grupową. „My” – ofiary i obrońcy. „Oni” – zdrajcy i obcy.

Zachód głosuje „źle”, bo jest „poniemiecki”. Wschód – „dobrze”, bo jest „prawdziwy”. Reszta kraju? Nieważne. Ważne, żebyśmy się różnili. Bo społeczeństwo poróżnione emocjonalnie to społeczeństwo łatwe do kontrolowania.

Ziemie odzyskane czy umysły stracone?

Paradoks współczesnego patriotyzmu polega na tym, że jego najgłośniejsi obrońcy mówią językiem, który przypomina retorykę tych, przed którymi rzekomo bronią. Kiedy padają słowa o „niepolskim Zachodzie”, słychać echo dawnych podziałów, tylko ubranych w nowe barwy.
Historia, zamiast być nauczycielką, staje się służącą – podającą emocje na tacy, zgodnie z zapotrzebowaniem politycznym dnia.

W efekcie „ziemie odzyskane” zamieniają się w pojęcie symboliczne. Nie opisują już terytorium, lecz stan świadomości: czy Polska odzyskała te ziemie – czy tylko wykorzystuje je do symbolicznej wojny o tożsamość?

Naród na autopilocie emocji

Polska polityka coraz częściej przypomina lot dronem sterowanym gniewem. Wystarczy jedno hasło – „Berlin”, „Tusk”, „poniemiecki” – i tłum reaguje automatycznie. Dyskusja znika, pozostaje odruch. A odruch jest prosty: kto nie z nami, ten przeciw nam.

Tymczasem za kurtyną tej emocjonalnej wojny toczy się prawdziwa polityka: ustawy, budżety, nominacje, przepływy pieniędzy. Nikt nie patrzy, bo wszyscy są zajęci obrzucaniem się błotem w imię abstrakcyjnych kategorii.

Mapa zrobiona z lęków

Gdyby dziś narysować mapę Polski nie według województw, ale według emocji, wyglądałaby jak mozaika lęków i resentymentów. Tu – strach przed Niemcem. Tam – duma z cierpienia. Tu – przekonanie o zdradzie elit. Tam – poczucie moralnej wyższości.
To nie jest mapa geograficzna. To mapa emocjonalna – ułożona nie z faktów, lecz ze stereotypów.

I dopóki zamiast faktów wybieramy emocje, dopóty Polska pozostanie krajem, który bardziej boi się mapy niż historii.

Podsumowanie:

Współczesna polska prawica nie tyle mówi o przeszłości, ile nią gra. „Poniemieckość” to nie diagnoza, tylko narzędzie. Bo polityka, która karmi się lękiem, nie potrzebuje faktów. Potrzebuje tylko prostych skojarzeń. A te, jak wiadomo, działają szybciej niż myślenie.

Pegasus

Pegasus – zamiast do walki z terrorystami – służył do walki z obywatelami. Zwykłymi, nieświadomych podsłuchów, potencjalnie podejrzanymi o to, że ośmielają się mieć inne zdanie niż PiS. To największe naruszenie praw człowieka od 1989 r., ale kto by się tym przejmował, skoro władza mogła jednym kliknięciem zajrzeć w cudze SMS-y, maile i sekrety?

Komisja śledcza działa już niemal dwa lata, a efekty? Cóż, wyglądają jak rezultat intensywnego odchudzania na diecie złożonej z obietnic – czyli zero. Rozliczeń nie ma, winnych nie ma, a prominentni działacze PiS coraz odważniej kpią w żywe oczy ze społeczeństwa. Ziobro na komisji sejmowej dał wręcz pokaz bezczelności, uzmysławiając widzom, że bezkarność to najlepsze paliwo do politycznej buty.

Trudno się dziwić, że w społeczeństwie narasta przygnębiający pesymizm. Bo jak tu wierzyć w państwo, które ma twarz Kaczyńskiego, nazywanego przez naród polskim kurduplem z Żoliborza i Ziobry , czyli dwóch demiurgów, którzy obiecywali „nowe, lepsze państwo”, a zbudowali coś na kształt skansenu paranoi i kontroli? Czy naprawdę mamy ochotę wiązać przyszłość z wizją kraju, gdzie obywatel jest potencjalnym celem podsłuchu, a minister sprawiedliwości – potencjalnym bohaterem czarnej farsy politycznej?

Jeśli Polska w ich wydaniu to „dobra zmiana”, to trudno sobie wyobrazić, jak miałaby wyglądać zła.