Z życia wyższych sfer. Epizod 26

W ostatnim czasie wszyscy mieszkańcy Baronii żyli bokserskim pojedynkiem pomiędzy dwoma atletami.
Nieznanego dotąd nikomu boksera, postawiła w prawym narożniku osobiście i po obywatelsku sama Pani Baronowa, a w lewym narożniku stanął, wstawiony przez Kamerdynera, międzynarodowej klasy champion, który był zdecydowanym, wręcz pewnym na 200 procent, faworytem w tym pojedynku.

Baronia zamarła. Ulice opustoszały, kawiarnie zamilkły, a nawet konie w stajniach trzymały kopyta w bezruchu, jakby przeczuwały, że to nie będzie zwykły mecz. Nad ringiem wisiały wszystkie spojrzenia, a wokół unosił się duszny zapach napięcia i niepokoju.

Sędzia podniósł ręce. Gong.

Champion ruszył jak maszyna. Każdy jego ruch był precyzyjny, wyćwiczony, oparty na latach rutyny. Wyprowadzał ciosy, które w poprzednich walkach łamały szczęki, łamały kariery, łamały pewność siebie. Tłum wiwatował. Ale Nieznany – bo tak go nazwano – nie upadał.

Pierwsza runda: Champion miażdżył.
Druga: przewaga rosła.
Trzecia: Nieznany pierwszy raz trafił. Cicho, nieśmiało – jakby próbował.

Czwarta przyniosła coś, czego nikt się nie spodziewał – Champion zwolnił. A Nieznany… rósł. Nie w sile mięśni, ale w obecności. Jego sylwetka, choć skromna, nabierała majestatu. W przerwach nie siadał. Patrzył prosto przed siebie – nie na rywala, ale dalej. Jakby walczył o coś więcej niż zwycięstwo.

Runda piąta. Tłum już nie był jednomyślny. Szmer przemieszczał się jak fala. Coś się zmieniało.

Szósta. Champion trafił serią. Trybuny zadrżały. Ale Nieznany przyjął wszystko i odpowiedział jednym ciosem – prostym, czystym, w sam środek. Champion się cofnął. Po raz pierwszy.

Siódma. Champion oddychał ciężej. Nieznany – spokojny.

Ósma – finałowa. Tłum wstał. Czas się zatrzymał.

W przedostatniej minucie, po serii wymian, Nieznany odchylił się, jakby prowadzony przez intuicję, i wyprowadził lewy sierpowy. Trafił. W samo sedno. Czysto. Ostatecznie. Champion padł. Nie nokaut wprawdzie ale upadek pełen zdziwienia, jakby zrozumiał, że nie walczył z człowiekiem, ale z ideą.

Sędzia doliczył do dziesięciu.

Pani Baronowa skinęła głową na znak zakończenia zwycięskiej dla niej walki.  Kamerdyner nie powiedział nic, tylko opuścił wzrok.

Nieznany, wciąż bez imienia, nie podniósł rąk w geście triumfu. Zszedł z ringu cicho, jakby wiedział, że nie zwyciężył dla siebie.

Mieszkańcy Baronii milczeli jeszcze chwilę. A potem zrozumieli. To nie był tylko pojedynek. To była opowieść o tym, że nawet nieznane, jeśli niesione wiarą, może przewyższyć to, co niby ugruntowane ale na glinianych nogach. Że decyzja jednej Baronowej może przeważyć pewność całego systemu.

I że czasem – warto postawić na tego, którego nikt nie zna.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *