Coraz skoczniej gra orkiestra nastrojów

W Polsce polityka nie jest zwykłym rzemiosłem rozwiązywania problemów społecznych. To sztuka – ale nie taka, która wymaga pędzla, nut czy dłuta. To raczej widowisko w prowincjonalnym teatrze objazdowym, w którym aktorzy mają tylko dwa rekwizyty: mikrofon i minę sugerującą, że właśnie odkryli nową aferę albo zdradę stulecia. Publiczność oczywiście reaguje zgodnie z oczekiwaniami – jedni gwiżdżą, drudzy biją brawo, a wszyscy czują, że biorą udział w czymś ważnym.

Media głównego nurtu, te rzekomo opniotwórczo poważne i te z ironicznym bulwarowym uśmieszkiem, dbają o to, byśmy nigdy nie zapomnieli, że Polska stoi nad przepaścią – w dodatku każdego dnia inną. Jednego dnia jest to „ostre starcie” na linii prezydent–premier, innego „wojna na górze”, a gdy brakuje świeżych tematów, wystarczy odkurzyć słowo „prowokacja” i już mamy powód do alarmu. W nagłówkach dominują czasowniki wyjęte prosto z instrukcji wojennej: „dopaść”, „uderzyć”, „starcie”, „ani kroku w tył”.

Nie jest to jednak wojna o idee – idee są zbyt kłopotliwe, bo wymagają argumentów i spójności. To raczej ciągły turniej tańca z gwiazdami, w którym przeciwnik jest jednocześnie ulubionym partnerem w pląsach na parkiecie. Politycy wszystkich obozów potrzebują wroga tak samo, jak kabareciarz potrzebuje puenty – bez niego widowisko nie działa.

A wyborca? Wyborca ma w tym świecie pełnić rolę chóru komentującego akcję i na znak dyrygenta ma się oburzyć gdy trzeba; zachwycić gdy należy; a przede wszystkim wierzyć, że od emocji zależy przyszłość kraju. Tymczasem prawdziwe decyzje zapadają gdzieś w tle – bez fleszy, bez kamer, bez dramatycznych min – a my, zapatrzeni w scenę, oklaskujemy kolejne odsłony farsy.

W efekcie żyjemy w kraju, w którym budowanie nastrojów stało się ważniejsze od budowania czegokolwiek innego. Rządzący i opozycja jak mistrzowie kuchni serwują nam codziennie świeżą porcję strachu, nadziei lub oburzenia – w zależności od potrzeb dnia. To jednak, że danie jest nieświeże i w gruncie rzeczy ciągle to samo, nie ma znaczenia. Liczy się przyprawa: odrobina „ostrego starcia” tu, szczypta „bez nadziei” tam, a dla smaku – obowiązkowe „ani kroku w tył”.

I tak to się kręci. Dopóki kamera nagrywa, a mikrofon działa, Polska zawsze będzie w stanie permanentnej mobilizacji. A my będziemy wierzyć, że właśnie uczestniczymy w najważniejszym momencie historii – bo przecież wczoraj też tak było i jak zwykle – od stuleci – „nigdy więcej” z miesięcznymi pomnikami na różnych placach i dobrze mającymi się nam chamami co to mieli złoty róg.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *