To nie jest już felieton. To nie jest też pamflet. To jest krzyk ochrypły, wściekły i bezradny, wydarty z gardła ludzi, którzy jeszcze pamiętają, że państwo miało być czymś więcej niż atrapą z kartonu po bananach.
W Polsce dnia dzisiejszego, uczciwy obywatel może spać spokojnie tylko wtedy, gdy śpi głęboko i bez snów. Bo na jawie widzi rzeczy, które podważają sens płacenia podatków, przestrzegania prawa i uczenia dzieci, że „nie wolno kraść”.
Oto bowiem złodziej, aferzysta, oszust i polityczny cwaniak nie musi już chować się w piwnicy ani kombinować z egzotycznymi paszportami. Wystarczy Budapeszt. Ciepły, gościnny, ideologicznie zaprzyjaźniony. Tam można przeczekać. Tam można „być prześladowanym”. Tam można, o ironio historii, odgrywać rolę uchodźcy politycznego, dokładnie tak, jak robili to kiedyś ludzie naprawdę łamani przez system. Różnica jest tylko jedna – tamci uciekali przed władzą, ci uciekają przed odpowiedzialnością.
Jak słabe musi być państwo, które spuszcza wzrok, które nie potrafi nazwać rzeczy po imieniu, bo boi się, że ktoś się obrazi?
Jak kruche musi być państwo, które drży przed własnymi byłymi zarządcami, jakby wciąż trzymali klucze do sejfu, archiwów i teczek z podsłuchami Pegasusa?
Mamy rząd demokratyczny ? Owszem ! Mamy instytucje ? Teoretycznie ! Mamy prawo ? Zapisane ! Ale kiedy przychodzi do konfrontacji z ludźmi, którzy przez lata uczyli się, jak to prawo wyginać, omijać i gwałcić w białych rękawiczkach, państwo nagle zaczyna mówić szeptem. Bo może destabilizacja ? Bo może oskarżenia o „rewanżyzm” ? Bo może znowu krzyk o „dyktaturze” ?
I tak w imię świętego spokoju toleruje się bezkarność.
Tymczasem zaś, to co oglądamy, nie jest zwykłym oporem aktualniej opozycji. To polityczny sabotaż, systemowe podważanie każdego działania państwa, każdej decyzji, każdego gestu naprawy. To ciągłe oskarżanie rządu o zdradę, o agenturalność, o zamach na demokrację – dokładnie przez tych, którzy przez lata traktowali państwo jak prywatny folwark, a konstytucję jak sugestię. I najgorsze jest to, że ten sabotaż działa.
Bo trafia na miękkie, przestraszone, nadmiernie poprawne struktury władzy, które zamiast powiedzieć: „Sprawdzam”, wolą mówić: „Poczekajmy”.
A przestępcy to uwielbiają. Przestępcy zawsze uwielbiają czekanie.
Każdy dzień bezkarności to policzek dla tych, którzy żyją uczciwie – dla przedsiębiorcy, który płaci podatki, dla urzędnika, który nie „załatwia”, dla obywatela, który wciąż wierzy, że prawo i sprawiedliwość nie jest tylko dekoracją.
Ale jeżeli można kraść miliony a potem bezkarnie i bez przeszkód uciec do „bratniego kraju”, jeśli można niszczyć instytucje i liczyć na polityczny parasol, jeśli można pluć na państwo, a potem domagać się ochrony, to po co być uczciwym?
Ten esej nie jest prośbą. Nie jest apelem o dialog. Nie jest nawet ostrzeżeniem.
To akt oskarżenia wobec bezsilności, która zaczyna być współwinna. Bo państwo, które nie egzekwuje prawa wobec najsilniejszych, w istocie zdradza najsłabszych.
A historia, ta prawdziwa, nie partyjna ani nie ta z IPN-u, ma jedną brutalną cechę:
ona zawsze wystawia rachunek i nigdy nie przyjmuje wymówek w stylu: „Baliśmy się, że będzie głośno”.
Bo demokracja nie umiera od hałasu. Ona umiera od tchórzliwej ciszy.