
Ostatnie doniesienia o możliwych dymisjach w resorcie kierowanym przez Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz, a także o politycznej determinacji Donalda Tuska, by „sprawy tak nie zostawić”, rzucają ostre światło na kondycję moralną rządzącej koalicji. Punktem zapalnym stało się ujawnienie listy beneficjentów środków z Krajowego Planu Odbudowy, wśród których znaleźli się także posiadacze luksusowych jachtów i projektów o wątpliwej społecznej użyteczności.
Taki obraz stawia fundamentalne pytania o etos sprawowania władzy. Demokratyczny mandat rządzenia nie jest przyzwoleniem na arbitralne rozdawnictwo publicznych pieniędzy — przeciwnie, nakłada obowiązek maksymalnej przejrzystości, równości traktowania i troski o interes publiczny. Tymczasem skandal wokół KPO pokazuje, że mechanizmy selekcji projektów były co najmniej podatne na nadużycia lub faworyzowanie uprzywilejowanych grup.
Moralny wymiar kryzysu pogłębia reakcja polityków. Choć zapowiedź dymisji i deklaracje „wyciągnięcia konsekwencji” mogą brzmieć jak przejaw odpowiedzialności, to w polskiej praktyce politycznej często mają one charakter działań wizerunkowych — symbolicznego poświęcenia jednego ogniwa, by ochronić cały łańcuch władzy. Jeżeli więc konsekwencje będą ograniczone do personalnej roszady, bez gruntownej reformy procedur i realnej kontroli nad wydatkowaniem środków, trudno będzie mówić o autentycznej odnowie moralnej.
Kryzys wokół KPO jest testem nie tylko dla poszczególnych ministrów, lecz dla całej ekipy rządzącej. Sprawdzianem, czy polityka w ich wydaniu jest służbą publiczną, czy też systemem redystrybucji korzyści według logiki układów i znajomości. Jeśli reakcja na aferę okaże się fasadowa, to będzie to sygnał, że moralna tkanka władzy została już nadwątlona — a jej odbudowa będzie wymagała nie tylko dymisji, ale głębokiej zmiany standardów rządzenia.