Gdy w latach 90. wreszcie doczekaliśmy się zmiany ustrojowej, większość z nas była jak dziecko, które po długim poście zostaje wpuszczone do cukierni. Patrzyliśmy na Zachód z rozdziawioną buzią, przekonani, że od tej chwili wszystko będzie smakować jak czekolada Milka, a Polska w kilka lat przeskoczy z kolejki po ocet do krainy mlekiem i Coca-Colą płynącej. Problem polegał na tym, że wraz z wolnością przyszło też coś, o czym nikt nie ostrzegał – wszechobecna bylejakość.
Nie chodzi tylko o odpadające tynki czy koszmarne pawilony handlowe ze styropianu i blachy falistej. Bylejakość wdarła się przede wszystkim do polityki, tego wielkiego, nowego teatru, w którym występowali ludzie o aspiracjach do roli mężów stanu, ale z talentem co najwyżej do jarmarcznych skeczy. W tamtych czasach usprawiedliwiano to „okresem przejściowym”, „trudnym początkiem demokracji”, jakby demokracja była jakimś meblem z Ikei – trzeba najpierw poskładać, dokręcić śruby, żeby całość nie chwiała się na nogach. Tylko że owe śruby od początku były wkręcane krzywo, na pół gwintu, a zamiast instrukcji mieliśmy improwizację i świętą wiarę, że „jakoś to będzie”.
„Jakoś to będzie” – oto dewiza polskiej transformacji. Na tym haśle wyrosło całe pokolenie polityków, którzy do dziś z powodzeniem traktują państwo jak przydrożny bar. Menu krótkie, obsługa niegrzeczna, ale ceny z kosmosu. I nikomu się nie śpieszy, bo przecież klient zawsze wróci bo nie ma innego baru po drodze.
Po trzech dekadach bylejakość nie jest już przejściowym błędem, lecz fundamentem systemu. Stała się strukturą, w której przeciętność jest normą, a miernota – cnotą. Politycy nie próbują już nawet udawać, że interesuje ich dobro wspólne; oni tylko pilnują, żeby wystarczyło prądu do reflektorów, a mikrofon działał w telewizyjnym studiu. To wystarczy, żeby odgrywać swoje role przed wyborcami – publicznością oklaskującą ten kabaret w stanie hipnozy.
Dziś skutki tego zjawiska są boleśnie widoczne. Kraj, który miał szansę zbudować coś trwałego, ugrzązł w kulturze prowizorki. Edukacja – byle jaka. Służba zdrowia – byle jaka. Debata publiczna – byle jaka. Wszystko „na chwilę”, „na oko”, „byle do następnych wyborów”. A gdy taką prowizorkę rozciągnie się na trzydzieści lat, nagle okazuje się, że z tego „tymczasowo” powstało coś nieodwracalnego.
Narodowa tragedia nie przychodzi w formie spektakularnej katastrofy – nie spada samolot, nie wali się most. Ona nadciąga po cichu, jak pleśń na ścianie, rozpełzając się codziennie milimetr po milimetrze. Obudzimy się któregoś dnia w kraju, w którym nic już nie działa, a to, co miało być wolnością i rozwojem, okaże się iluzją zamienioną w ruinę.
I czy wtedy też, jak zwykle, ktoś wzruszy ramionami i powie: „No trudno, jakoś to będzie ?”