Bezkarność jako tradycja ustrojowa

Historia współczesnej Polski uczy nas jednej rzeczy: każde bezprawie, jeśli przetrwa dostatecznie długo, staje się obyczajem. Tak oto prezydencka bezkarność, ugruntowana za czasów Andrzeja Dudy, dziś kwitnie w najlepsze pod ręką jego następcy. Decyzja Karola Nawrockiego o odmowie powołania 46 sędziów nie wzięła się znikąd – to nie incydent, lecz logiczna konsekwencja zaniechań poprzedników.

Kiedy Duda łamał Konstytucję, czyniąc z niej instrument partyjnej woli, elity polityczne i prawnicze ograniczały się do gróźb i konferencji. Zapowiadano Trybunał Stanu, debatowano o „precedensie”, a potem – jak zwykle – nic. Władza zobaczyła, że granice prawa można przesuwać bezkarnie, jeśli robi się to z odpowiednią dozą arogancji i uśmiechu przed kamerą.

Dzisiejszy główny lokator prezydenckiego pałacu zrozumiał lekcję: bezkarność nie jest ryzykiem – jest przywilejem urzędu.
Odmowa powołania sędziów, tylko dlatego, że mieli wątpliwości wobec kompetencji głowy państwa, to symboliczny gest: „Albo uznajesz moją władzę, albo nie istniejesz w systemie”.
Tak oto konstytucyjna niezależność sądów zostaje przekształcona w zależność personalną, a lojalność wobec prawa zastąpiona lojalnością wobec głównego lokatora w pałacu prezydenckim.

Tusk i Żurek grzmią, lecz grzmoty te rozchodzą się w pustce. Bo dziś trudno moralizować z pozycji tych, którzy wczoraj milczeli. Ich zaniechanie stało się fundamentem obecnego bezprawia. Jeśli dotąd nie rozliczono Dudy, dziś nikt nie rozliczy Nawrockiego. Państwo prawa nie upada z dnia na dzień – ono się rozsypuje, jak stary dom, z którego co chwilę ktoś usuwa cegłę, aż budynek runie.

A my, obywatele, pozostajemy w roli widzów i degustatorów, karmionych co kadencję nową wersją tej samej potrawy: gęstego, ciężkostrawnego żurku hipokryzji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *