Konstytucja, prerogatywy i granice urzędniczych uprawnień

Spór wokół wypowiedzi Marcina Przydacza, urzędnika Biura Polityki Międzynarodowej Prezydenta RP, każe zadać kilka zasadniczych pytań – nie politycznych, lecz ustrojowych. Najważniejsze z nich brzmi: na jakiej podstawie przedstawiciel Kancelarii Prezydenta publicznie wzywa do „opamiętania” konstytucyjnego ministra spraw zagranicznych i wicepremiera rządu Rzeczypospolitej?

Radosław Sikorski, komentując próby rozszerzania prezydenckich kompetencji, odwoływał się do Konstytucji. Krytykował konkretne działania i ich zgodność z ustawą zasadniczą. To legalny, demokratyczny i dopuszczalny głos członka rządu. Tymczasem reakcją ze strony Pałacu było polityczne napomnienie, udzielone przez urzędnika, a nie przez prezydenta, premiera czy organ konstytucyjny.

Trudno wskazać w Konstytucji RP przepis, który przyznawałby przedstawicielowi prezydenckiego biura kompetencje do publicznego oceniania działań ministra władzy wykonawczej. Konstytucja określa pozycję prezydenta, ministrów, rządu, Sejmu oraz modeli ich współdziałania. Nie przewiduje jednak, by urzędnicy Kancelarii Prezydenta występowali w roli nadzorców lub wychowawców rządu.

Ten problem narasta od miesięcy. Zauważalne jest stopniowe przesuwanie proporcji władzy – nieformalnych, ale odczuwalnych – w stronę Pałacu Prezydenckiego. Prezydent coraz częściej mówi w imieniu państwa, a nie własnych prerogatyw; coraz częściej przemawiają też w jego imieniu urzędnicy, sugerując jak powinno wyglądać zachowanie Premiera, ministrów, rządu czy większości parlamentarnej.

Zwraca uwagę przytoczone przez krytyków zdanie, że „prezydent nie reprezentuje Polski, tylko swoją kancelarię”. Choć to oczywiste uproszczenie, wskazuje na problem realny – granica między rolą prezydenta a rolą jego zaplecza politycznego zaczyna się rozmywać. Ot, nowy ustrój – Rzeczpospolita Urzędnicza.

Sytuację dodatkowo wzmacnia symbolika – choćby niedawno wyświetlane na fasadzie Pałacu Prezydenckiego projekcje, odbierane przez wielu jako polityczna manifestacja. To dla części opinii publicznej sygnał, że urząd prezydenta bywa wykorzystywany nie jako neutralny strażnik Konstytucji, ale jako uczestnik bieżącego sporu.

W dojrzałej demokracji to niebezpieczne. Minister ma prawo krytykować działania prezydenta, jeśli uważa je za niezgodne z Konstytucją. Prezydent ma prawo odpowiedzieć. Ale taka debata powinna odbywać się na poziomie konstytucyjnych organów państwa ale w żadnym przypadku nie w formie pouczeń wygłaszanych przez urzędników, którzy żadnej demokratycznej legitymacji do tego nie posiadają.

I to jest w tym sporze najważniejsze: nie kto ma rację politycznie, lecz kto ma prawo wypowiadać się w imieniu państwa.

Spory między rządem a prezydentem mogą i będą się zdarzać. Ale powinny odbywać się w granicach wyznaczonych przez Konstytucję – nie poza nimi.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *