W polskiej debacie publicznej regularnie powraca pokusa przedstawiania własnych przeciwników politycznych jako „niedojrzałych”, „niegotowych” lub „niezdolnych” do pełnego uczestnictwa w życiu demokratycznym. To retoryka stara jak sama polityka — bo nic tak skutecznie nie buduje władzy, jak ustawienie siebie w roli rodzica, a obywateli w roli niesfornych dzieci. Jednak kiedy używa się jej w XXI wieku, w kraju o czterech dekadach doświadczeń wolnościowych, brzmi ona szczególnie archaicznie.
Stwierdzenie, że rząd Donalda Tuska „nie dorósł kulturowo do demokracji” i że potrzebne będą pokolenia, aby osiągnąć odpowiedni poziom świadomości, nie jest jedynie złośliwością wymierzoną w przeciwników. To element szerszego światopoglądu, w którym polityka staje się niemal kastowym systemem — gdzie pewna grupa przedstawia siebie jako nosicieli „właściwej” wiedzy i tradycji, a resztę społeczeństwa jako wymagającego wieloletniej reedukacji. To retoryka paternalistyczna, która z góry zakłada, że demokracja jest czymś w rodzaju wspinaczki, a tylko jeden obóz polityczny zna drogę na szczyt.
Taki sposób myślenia pojawiał się już wielokrotnie w historii. Zwykle towarzyszył politykom przekonanym o swojej wyjątkowości — o tym, że reprezentują „prawdziwy naród”, a nie tylko jego część. Z perspektywy czasu wiemy, jak groźne potrafi być takie myślenie: prowadzi nie tylko do polaryzacji, lecz także do delegitymizacji demokratycznych instytucji. Jeśli przeciwnik polityczny ma być „niedojrzały”, to jego prawa mogą być ograniczane „dla dobra wspólnego”. Jeśli wyborcy nie głosują „jak powinni”, można zakwestionować ich kompetencje, a następnie prawa wyborcze czy decyzje parlamentu.
Zestawianie współczesnych sporów politycznych z dramatycznymi przykładami XX wieku nie powinno służyć tanim analogiom, lecz raczej ostrzeżeniom. Historia uczy nas, jak łatwo paternalizm przechodzi w uprzedmiotowienie, a uprzedmiotowienie w nadużycia. Dlatego każde słowa sugerujące, że jakaś grupa Polaków jest „gorsza”, „niedojrzała” czy „niegotowa”, zasługują na szczególną uwagę i krytyczną analizę — niezależnie od tego, kto je wypowiada.
Współczesna demokracja nie opiera się na jedności światopoglądowej, lecz na pluralizmie. Nie na hierarchii dojrzałości, lecz na równości głosu. Nie na przekonaniu, że jedna strona ma naturalny monopol na patriotyzm i wiedzę, lecz na zderzeniu argumentów i wspólnej odpowiedzialności. Podkreślam – wspólnej odpowiedzialności. Dlatego próby przedstawiania społeczeństwa jako „niedojrzałego” są zawsze próbą naruszenia tej podstawowej zasady.
Można mieć różne opinie o rządzie Donalda Tuska, jego kompetencjach czy programie. Ale opinie Kaczyńskiego, odmawiające Tuskowi i jego wyborcom dojrzałości demokratycznej mówią znacznie więcej – zdradzają przekonanie prezesa PiS-u, że demokracja powinna wyglądać inaczej — że powinna być mniej konkurencyjna, mniej różnorodna, bardziej podporządkowana jednej wizji politycznej.
A to paradoksalnie, jest właśnie najpoważniejszym sygnałem niedojrzałości.