Odejście Krystyny Pawłowicz z Trybunału Konstytucyjnego zamyka pewną epokę , choć nie taką, o której marzylibyśmy jako obywatele państwa prawa. Była posłanka, a następnie sędzia TK, znana nie tyle z prawniczej erudycji, ile z twitterowych połajanek i publicznych tyrad w bazaroróżyckim stylu, pozostawia po sobie instytucję głęboko zdegradowaną. Jednak to nie sam fakt odejścia wywołuje gorzki uśmiech, lecz sposób, w jaki, już po wszystkim, domaga się państwowych gratyfikacji.
W przestrzeni publicznej słyszeliśmy już różne argumenty „należy mi się”, ale z reguły dotyczyły one ludzi, którzy przynajmniej próbowali maskować swoje roszczenia jakąś formą zasług. W tym przypadku mamy jednak roszczenie całkowicie nagie: wyższa emerytura, odpowiednio hojna odprawa, najlepiej większa niż ta, którą otrzymał były prezydent Andrzej Duda. Nie dlatego, że w system prawa wniosła trwały wkład; nie dlatego, że jej dorobek naukowy zmienił sposób myślenia o konstytucjonalizmie. Lecz dlatego, że była bezwarunkowo lojalna wobec jednej partii i jednego lidera.
Trudno zatem uciec od wrażenia, że chodzi o symboliczną „zapłatę” za lata służby, które w ocenie wielu prawników, przyczyniły się do wypłukania TK z autorytetu. I kiedy teraz pani Pawłowicz oczekuje, by państwo polskie doceniło jej wysiłek, mamy do czynienia nie tylko z roszczeniowością, ale z ciekawym odwróceniem ról – zamiast rozliczenia, pojawia się żądanie nagrody.
To zjawisko charakterystyczne dla ostatniej dekady. Politycy i funkcjonariusze życia publicznego, którzy traktowali instytucje jak narzędzia władzy, wychodzą ze służby państwowej z poczuciem, że zasługują na dodatkowe benefity. To konsekwencja myślenia o państwie nie jako o wspólnym dobru, ale jako o systemie nagród dla swoich.
W tym sensie odejście Pawłowicz staje się metaforą większego procesu, a mianowicie polityki, która przez lata żywiła się emocją, polaryzacją i agresją a teraz żąda finansowego podsumowania swoich działań. Nie ma w tym skruchy ani refleksji. Jest natomiast przekonanie, że należy się coś więcej i to koniecznie z publicznej kasy.
Pozostaje pytanie – czy po takim finale jesteśmy choć o centymetr bliżej odbudowy zaufania do instytucji państwa? Czy raczej po raz kolejny widzimy, jak upadek standardów nie kończy się nawet wraz z odejściem osób, które się do niego przyczyniły?
To gorzki obraz, ale prawdziwy. Epoka się kończy, lecz rachunki, jak zawsze, mają zapłacić obywatele.