Do pewnej celebrytki

Wiara nie jest rekwizytem. Rekwizyt można odłożyć po zejściu ze sceny, oddać do magazynu kostiumów i wyjąć przy następnej premierze. Wiara – jeśli w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie – powinna działać odwrotnie: krępować ruchy, narzucać ograniczenia, zmuszać do niewygodnych decyzji. Tymczasem w przestrzeni publicznej coraz częściej oglądamy jej groteskową wersję: wiarę-gadżet, wiarę-logo, wiarę przypinaną do klapy marynarki jak znaczek partyjny.

Jak więc nazwać człowieka, który deklaruje przywiązanie do zasad swojej religii, a następnie systematycznie je depcze? Który mówi o pokorze, a praktykuje pychę; o miłości bliźniego, a żywi się pogardą; o prawdzie, a żyje z manipulacji? Najuczciwiej byłoby nazwać go marketingowcem sacrum. Kimś, kto z transcendencji robi baner reklamowy, z krzyża – billboard, a z Ewangelii – slogan wyborczy o zerowej treści, ale wysokiej rozpoznawalności.

To już nie hipokryzja – hipokryzja zakłada jeszcze istnienie jakiegoś wstydu. To raczej cynizm w stanie czystym: świadome używanie symboli wiary jako tarczy ochronnej przed krytyką i pałki do okładania przeciwników. Bóg w tej narracji nie jest źródłem norm, lecz sponsorem kampanii; religia nie jest drogą moralną, lecz narzędziem legitymizacji władzy.

Wiara sprowadzona do rekwizytu przestaje być wiarą. Staje się scenografią dla politycznego teatru, w którym aktorzy zmieniają role, ale kostium świętości noszą zawsze – bo dobrze się sprzedaje. A publiczność? Ma klaskać, milczeć i wierzyć, że dekoracja to treść.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *