Konstytucja. Słowo wielkie, dźwięczne, nadymające policzki jak trąba fanfarowa. A jednocześnie – w praktyce – coś między kartką papieru do owinięcia śledzia a ścierką do wycierania ust po obiedzie. Bo konstytucję w Polsce – jaka by nie była – każdy olewać może. Właściwie to każdy olewa. Najpierw rząd, potem opozycja, potem ci, którzy dopiero co wyszli z kapelusza politycznego jak króliki cyrkowe – świeże, różowe, niby nowe, ale wciąż gryzące tę samą marchewkę: władzę.
A władza, jak wiadomo, jest opium. Daje haj lepszy niż wszystkie ustawki piątkowe razem wzięte. Kto raz powącha, ten już nie wraca do zwykłego, nudnego życia. Nie ma znaczenia, czy mówimy o starej partii z zakurzonym logo, czy o nowym „ruchu obywatelskim”, który obywateli ma na ustach częściej niż dentysta plombę. Każdy, kto posiądzie choćby odrobinę decyzyjności, od razu zaczyna śnić o nowej konstytucji. Takiej, w której to on, jedyny, będzie Panem i Władcą, Głosem Narodu, albo przynajmniej Dyżurnym Magikiem od królików.
Weźmy takiego królika politycznego. Siedzi sobie cicho pod kapeluszem – nikt o nim nie słyszał, nikt nie widział. Aż tu nagle – puf! – jest! Błyszczy na ekranie, rozdaje ulotki, bredzi o „przywracaniu demokracji” lub „budowaniu nowego ładu narodowego”. I zaraz ma w ręku własny projekt konstytucji. Bo dziś projekt konstytucji to nie jest poważny dokument. To rekwizyt. Jak miecz z plastiku w rękach pięciolatka. Jak królika w rękach kuglarza.
Każdy może napisać konstytucję. Studenci prawa na trzecim roku, profesorowie na emeryturze, celebryci od tańca na lodzie, księża, którzy nie zdążyli na kazanie. A także – co nieuniknione – sami politycy, którzy w konstytucji widzą jedno: gwarancję, że już nikt im tej ich zabawki z piaskownicy nie odbierze.
Ale najgorsze jest to, że konstytucja – ten rzekomy fundament państwa – coraz częściej pełni rolę folii ochronnej dla zamordyzmu. Zapiszemy, że władza ma być niepodzielna? Proszę bardzo. Zapiszemy, że naród kocha przywódcę? Jeszcze lepiej. A jeśli się da, to wrzucimy artykuł o tym, że kto podważa władzę, podważa samą ideę narodu, czyli de facto powinien spłonąć na stosie.
Bo opium władzy nie tylko odurza – ono niszczy. To narkotyk, który każe wierzyć, że konstytucję można wyginać jak plastelinę, pisać na nowo jak notatki na marginesie zeszytu, zmieniać co kadencję jak skarpety. Kiedyś konstytucja była tarczą, dziś jest skrętem – kto chce, ten sobie skręca i zaciąga się na wizji.
A obywatel? Obywatel przygląda się temu z mieszanką obrzydzenia i rezygnacji. Bo co on może? W telewizji jedni machają egzemplarzem konstytucji jak świętą księgą, drudzy śmieją się z niej jak z kiepskiego dowcipu. A prawda jest taka, że konstytucja stała się czymś w rodzaju książki kucharskiej – każdy przepisuje ją po swojemu, każdy coś dopisze, każdy coś wykreśli. Zamiast fundamentu państwa mamy książkę z przepisami na to, jak upiec kiełbasę wyborczą.
I tak oto demokracja zamienia się w pokaz cyrkowy. Kuglarze wyciągają króliki, widownia klaszcze, a w tle gra orkiestra. Co kilka lat zmienia się numer, zmieniają się sztuczki, ale mechanizm pozostaje ten sam: konstytucja jest scenografią, opium władzy – główną nagrodą. A my wszyscy jesteśmy tylko publicznością, która płaci za bilet.
Może więc nie ma sensu już udawać? Może zamiast kolejnej konstytucji trzeba by napisać regulamin cyrku? Z prostymi zasadami: królik ma siedzieć w kapeluszu, kuglarz ma nie rzucać w publiczność, a orkiestra grać równo, bez fałszu.
Ale wtedy – kto by się jeszcze chciał odurzać tym cudownym, zakazanym opium?