Ach, 0,89%! Ta magiczna cyfra, złoty Graal demokracji w wersji nadwiślańskiej. Kto potrzebuje dwóch trzecich, kto potrzebuje połowy, skoro można rządzić krajem jak własnym folwarkiem, mając w kieszeni poparcie mniejsze niż liczba ludzi, którzy zasypiają przy południowych „Wiadomościach”? Toż to prawdziwy wyczyn patrona nocnych komisji wyborczych i egzotycznych wyników. To cud arytmetyczny, który daje prawo do bezwstydu!
I tak oto na tym kruchym jak herbatnik w herbacie fundamencie, wyrasta nam nowa dynastia. Dwór prezydencki zamienia się w teatr zadufanych w sobie, napuszonych pacynek, gdzie sznurki ciągną IPN-owscy strażnicy pamięci i PiS-owscy rycerze kartoflanych ideałów. Jeden przepisze ci historię tak, byś uwierzył, że twoja babcia walczyła w Powstaniu, a drugi zdecyduje, czy jutro wolno ci kupić papier toaletowy w promocji. Wszystko, rzecz jasna, dla dobra Polski!
Oto więc rządy Wielkiego 0,89% – triumf matematycznej mikroskopii, państwo, w którym wielkopańskie szaty szyje się z tandetnego poliestru, a ceremonie przypominają wesele w remizie: dużo dymu, jeszcze więcej hałasu, a rano kac tak potężny, że nawet historia nie chce się do tego przyznać.
Bo oto oni – samozwańczy monarchowie, w koronkowych czapkach, z orderami zrobionymi z kapsli po „Żubrze”, kroczą przez korytarze Pałacu, mamrocząc zaklęcia o Ojczyźnie i Tradycji. W tle gra fanfara złożona z tuby, grzechotki i jednego basu, fałszująca tak, że Chopin przewraca się w grobie z prędkością turbiny odrzutowej.
Najbardziej napędza ich głód władzy. Nieograniczonej. Bezwzględnej. Oni nie chcą po prostu rządzić – oni chcą decydować o wszystkim. O tym, kto zostanie ministrem, kto wsiądzie do ich samolotu, kto dostanie order, kto dziś zaparzy kawę, a kto jutro będzie winny zdrady stanu, bo śmiał pomylić kolejność zwrotek hymnu. Konstytucja? Ależ to tylko dekoracja, coś jak zasuszony kwiatek w ramce – ładne, ale bezużyteczne. Zdrowy rozsądek? To wymysł liberałów. Przyzwoitość? To obelga.
A my? My, nielicząca się 49,11% mniejszość to lud prosty, siedzący jak publiczność w cyrku i klaszczemy, bo przecież klaun się stara, a lwy wciąż jeszcze nie pożarły tresera. Tylko że bilet na ten spektakl kosztuje coraz więcej – w podatkach, w kompromitacji, w tym nieustannym poczuciu, że Polska to nie kraj, ale niekończąca się tragifarsa wystawiana na prowincjonalnej scenie.