W Polsce od lat toczy się fundamentalny spór o jakość państwa, jego bezstronność i praworządność. Spór ten raz po raz ujawnia się w spektakularnych przykładach, które jednocześnie przyciągają uwagę opinii publicznej i odsłaniają stan instytucji. Jednym z takich przykładów jest kwestia uprawnienia do emerytury sędziowskiej Krystyny Pawłowicz – osoby o intensywnym życiorysie politycznym, powołanej do Trybunału Konstytucyjnego mimo poważnych zastrzeżeń prawnych. Eksperci, w tym prof. Marek Chmaj, wskazują, że wybór jej oraz Stanisława Piotrowicza był wadliwy, gdyż oboje nie posiadali biernego prawa wyborczego. To nie jest drobne uchybienie – to fundamentalny brak zgodności z prawem, który powinien skutkować brakiem prawa do świadczeń sędziego TK.
Kiedy społeczeństwo widzi, że prawo nie obejmuje osób na szczytach władzy, trudno oczekiwać, że obywatele będą wierzyć w jego sprawiedliwe stosowanie. Poczucie cynizmu i bezradności staje się naturalną reakcją.
Drugim obszarem, który tę wiarę wystawia na próbę, jest działalność Narodowego Banku Polskiego. Faktem jest, że za czasów prezesury Adama Glapińskiego NBP przekazywał olbrzymie kwoty do budżetu państwa – ale wyłącznie w okresie rządów PiS. Gdy zmieniła się władza, zyski banku centralnego nagle ustąpiły miejsca stratom. Nie sugeruje to automatycznie manipulacji, lecz rodzi pytania o przejrzystość i rzetelność polityki finansowej. Brak zysków w roku, w którym państwo szczególnie ich potrzebuje, uderza nie tylko w finanse publiczne, lecz także w zaufanie społeczne, które jest jednym z najważniejszych kapitałów nowoczesnego państwa.
Tym bardziej uderza kontrast między stratami instytucji a poziomem wynagrodzeń jej władz i wysokich urzędników, a także otoczką luksusu, jaka często towarzyszy publicznym inwestycjom na najwyższych szczeblach. To nie tylko uderza w poczucie sprawiedliwości, ale także w wyobrażenie o odpowiedzialności za dobro wspólne.
Ten dysonans staje się jeszcze bardziej widoczny, gdy zestawi się go z doświadczeniem zwykłego obywatela. Przeciętny Kowalski, budując własny dom, jest poddawany drobiazgowej i często surowej kontroli administracyjnej. Państwo egzekwuje przepisy z precyzją, która kontrastuje z pobłażliwością, a nawet bezradnością wobec wielkich inwestycji powiązanych z podmiotami o dużych wpływach politycznych. Różnica ta podkopuje poczucie równości wobec prawa.
Wreszcie pojawia się wątek moralności publicznej – często głoszonej z wielkim zapałem przez osoby, których życie prywatne nie zawsze pozostaje w zgodzie z nauczanymi ideałami. To zjawisko nie jest nowe, ale w ostatnich latach przybrało szczególną intensywność i jeszcze bardziej ośmiesza moralne roszczenia tych, którzy sami nie żyją zgodnie z głoszonymi zasadami.
Wszystkie te elementy składają się na obraz państwa, w którym część obywateli ma prawo czuć się pozostawiona sama sobie, a niekiedy nawet oszukana. Jednak mimo narastającej frustracji nie jest konieczne odrzucanie idei państwa demokratycznego. Raczej trzeba domagać się konsekwentnego stosowania zasad, które stanowią fundament wspólnoty: równości wobec prawa, przejrzystości działania instytucji oraz realnej odpowiedzialności władz za swoje decyzje.