W kraju, w którym pielęgniarka liczy dyżury, nauczyciel grosze, a robotnikowi emerytura przesuwa się niczym horyzont na pustyni, istnieje zawód, który gwarantuje spokój, luksus i metafizyczną beztroskę. Nie programista. Nie notariusz. Kardynał !
Bo oto w Polsce, tej biednej, skromnej, wiecznie „zaciskającej pasa”, kardynał na emeryturze otrzymuje dwadzieścia pięć tysięcy złotych miesięcznie na swoje kardynalskie, delikatne dłonie. Emerytura nie byle jaka, bez ryzyka, bez reform, bez „waloryzacji poniżej inflacji”. Emerytura jak z Ewangelii — cudowna.
Do tego rezydencja. Zabytkowa. Trzykondygnacyjna. Z ogrodem. Oczywiście ogrodzonym, by pospólstwo – to samo, które słucha kazań o pokorze – nie plątało się pod stopami purpury. Bo bieda jest piękna, ale z daleka.
W tym ogrodzie, o porannej rosie, kardynał będzie układał homilie. O skromności. O uchu igielnym. O miłości bliźniego. O ofiarności. O tym, że „trzeba się dzielić”. Wszystko to w otoczeniu zieleni, ciszy i służby — wprawdzie skromnej, lecz wystarczająco licznej, by starość nie była zbyt ascetyczna.
Posiłki? Wykwintne, ale skromne. Jak przystało na człowieka, który uczy, że „nie samym chlebem żyje człowiek” — zwłaszcza gdy chleb podawany jest na srebrnej tacy.
I tak oto system działa perfekcyjnie: pospólstwo modli się o przetrwanie, duchowny modli się o to, by rosół nie wystygł nalewany do porcelanowej i złoconej zastawy. Jedni składają ofiary „dla ubogich”, drudzy składają homilie o tym, jak piękna jest bieda, gdy się jej nie doświadcza.
W Polsce XXI wieku najpewniejszą więc inwestycją emerytalną nie jest ZUS, IKE ani nieruchomości.
Najpewniejszą inwestycją jest sutanna – najlepiej purpurowa.