Wszystkie wpisy, których autorem jest admin-fpIxsaau

Nieobecność Najwybitniejszej

W Teatrze Wielkim w Warszawie odbyła się Gala Mistrzów Sportu 2025 – święto potu, ambicji i lakieru do włosów. Wręczano statuetki ciężkie jak sumienie działacza sportowego, rozdawano buziaki lekkie jak deklaracje o „apolityczności sportu”, a uśmiechy – jak zwykle – miały pełną skalę: od szczerych po takie, które wymagają pilnej interwencji stomatologa.

Sama impreza była jak każda inna: celebracja sukcesów, żałoba niespełnionych nadziei i dyskretne przeliczanie, kto ile dostał, a kto znów wyszedł z niczym, choć „miał sygnały”. Emocje buzowały zwłaszcza wśród tych, którzy liczyli, ale się nie doliczyli – ani punktów, ani głosów, ani sensu.

Jednak nad całą galą unosił się cień. Cień nieobecności. Nie była to byle jaka luka w protokole, lecz wyrwa metafizyczna, niemal ontologiczna. Otóż ani wśród nominowanych, ani wśród wyróżnionych, ani nawet wśród tych, którzy wręczali nagrody, nie znalazła się Marianna Schreiber – wybitna fajterka MMA i w ogóle postać wybitna, a właściwie najwybitniejsza wśród najwybitniejszych, która jest zawsze tam gdzie coś się dzieje i to jest właśnie wyczyn nie tylko na skalę Polski.

Jak to możliwe? Jak mogło dojść do tak rażącego przeoczenia? Czyżby komisja zapomniała, że sport XXI wieku to nie tylko pot, krew i medale, ale także algorytmy, zasięgi i nieustanna obecność, zwłaszcza w social mediach? Czy nie zauważono, że prawdziwy mistrz nie musi wygrywać walk, wystarczy, że wygrywa narrację?

Nieobecność Marianny Schreiber na gali to policzek wymierzony nowoczesnemu rozumieniu sportu. To jak rozdanie Oscarów bez nagrody dla „najlepszego występu w mediach społecznościowych” albo Nobla bez kategorii „wkład w debatę publiczną poprzez chaos”. MMA bez Marianny to przecież jak ring bez reflektorów – technicznie możliwe, ale po co?

Można odnieść wrażenie, że organizatorzy tkwili mentalnie w przeszłości, kurczowo trzymając się archaicznych kryteriów: wyników, osiągnięć, rankingów. Tymczasem prawdziwa elita wie, że mistrzostwo to stan umysłu, a wybitność mierzy się intensywnością obecności w przestrzeni medialnej, niekoniecznie sportowej.

Gala dobiegła końca, statuetki trafiły na półki, a uśmiechy – do archiwum. Pozostało jednak pytanie, które będzie dręczyć historię polskiego sportu przez lata: jak to się stało, że w Teatrze Wielkim zabrakło tej, która od dawna gra w główną rolę we wszelkich social spektaklach?

Być może to znak czasów. A być może – skandal. Jedno jest pewne: bez Marianny Schreiber Gala Mistrzów Sportu była po prostu… zbyt sportowa.

Do pewnej celebrytki

Wiara nie jest rekwizytem. Rekwizyt można odłożyć po zejściu ze sceny, oddać do magazynu kostiumów i wyjąć przy następnej premierze. Wiara – jeśli w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie – powinna działać odwrotnie: krępować ruchy, narzucać ograniczenia, zmuszać do niewygodnych decyzji. Tymczasem w przestrzeni publicznej coraz częściej oglądamy jej groteskową wersję: wiarę-gadżet, wiarę-logo, wiarę przypinaną do klapy marynarki jak znaczek partyjny.

Jak więc nazwać człowieka, który deklaruje przywiązanie do zasad swojej religii, a następnie systematycznie je depcze? Który mówi o pokorze, a praktykuje pychę; o miłości bliźniego, a żywi się pogardą; o prawdzie, a żyje z manipulacji? Najuczciwiej byłoby nazwać go marketingowcem sacrum. Kimś, kto z transcendencji robi baner reklamowy, z krzyża – billboard, a z Ewangelii – slogan wyborczy o zerowej treści, ale wysokiej rozpoznawalności.

To już nie hipokryzja – hipokryzja zakłada jeszcze istnienie jakiegoś wstydu. To raczej cynizm w stanie czystym: świadome używanie symboli wiary jako tarczy ochronnej przed krytyką i pałki do okładania przeciwników. Bóg w tej narracji nie jest źródłem norm, lecz sponsorem kampanii; religia nie jest drogą moralną, lecz narzędziem legitymizacji władzy.

Wiara sprowadzona do rekwizytu przestaje być wiarą. Staje się scenografią dla politycznego teatru, w którym aktorzy zmieniają role, ale kostium świętości noszą zawsze – bo dobrze się sprzedaje. A publiczność? Ma klaskać, milczeć i wierzyć, że dekoracja to treść.

Brigitte Bardot

Zmarła Brigitte Bardot , legenda światowego kina, najsłynniejsza francuska od czasów Joanny D”Arc, ikona piękna i seksualności.

Śmierć Brigitte Bardot zamyka epokę, która dziś wydaje się niemal mityczna — epokę kina, w którym gwiazdy nie były jeszcze produktami marketingowymi, lecz zjawiskami kulturowymi, a uroda mogła stać się formą buntu. Odeszła legenda światowego kina, kobieta, która dla Francji była czymś więcej niż aktorką: była symbolem wolności, prowokacji i niepokornej nowoczesności.

Bardot pojawiła się na ekranie w czasie, gdy powojenna Europa wciąż nosiła w sobie traumę ruin, głodu i moralnego rygoru. Jej obecność była jak nagłe uchylenie okna a do wnętrza wdarło się światło, powietrze i obietnica życia bez wstydu. Nie była aktorką „techniczną”, nie budowała ról precyzyjnym rzemiosłem w klasycznym sensie. Jej siłą była naturalność, instynkt, cielesność, która nie prosiła o pozwolenie. Kamera ją kochała, bo nie musiała niczego udawać.

Filmy takie jak I Bóg stworzył kobietę uczyniły z niej ikonę seksualności, ale byłoby uproszczeniem sprowadzać Bardot wyłącznie do statusu obiektu pożądania. W rzeczywistości była jedną z pierwszych kobiet kina, które pokazały, że kobiecość może być autonomiczna, nieujarzmiona, a nawet niewygodna. Nie grała kobiet podporządkowanych, grała kobiety, które istniały dla siebie. W tym sensie stała się nieformalną emancypantką, zanim emancypacja stała się hasłem politycznym.

Fakt, że w 1969 roku jej wizerunek posłużył jako wzór dla Marianne, personifikacji Republiki Francuskiej, był czymś więcej niż artystycznym gestem. Było to symboliczne uznanie, że nowoczesna Francja ma twarz kobiety wolnej, zmysłowej i niezależnej. Bardot stała się pomostem między rewolucyjną tradycją a nowoczesnością lat sześćdziesiątych – Joanną d’Arc bez zbroi, ale z odwagą innego rodzaju.

Paradoksalnie, u szczytu sławy, Bardot wycofała się z kina. Ten gest, dziś niemal niewyobrażalny. był kolejnym aktem nieposłuszeństwa wobec świata, który chciał ją posiadać na zawsze. Odrzuciła rolę wiecznej ikony, wybierając życie na własnych zasadach. Poświęciła się działalności na rzecz ochrony zwierząt, wkładając w nią tę samą bezkompromisowość, która wcześniej definiowała jej obecność na ekranie.

Jej późniejsze lata bywały kontrowersyjne, pełne ostrych sądów i radykalnych opinii. Ale nawet one potwierdzały jedno – Brigitte Bardot nigdy nie była figurą wygodną ani dla władzy, ani dla opinii publicznej. Zawsze mówiła własnym głosem, nawet gdy brzmiał on nieprzyjemnie dla słuchaczy.

Dziś, żegnając Brigitte Bardot, żegnamy nie tylko aktorkę, lecz pewien model wolności — niedoskonałej, instynktownej, czasem sprzecznej, ale autentycznej. Pozostaje po niej kino, obrazy zapisane w zbiorowej wyobraźni oraz pamięć o kobiecie, która odważyła się żyć poza scenariuszem. A takich postaci historia kultury nigdy nie ma zbyt wiele.

Rzeczywistość a Konstytucja

Wracam pamięcią do wyborczej kampanii prezydenckiej i do końcowego rezultatu ogłoszonego przez Państwową Komisję Wyborczą. Wytężam swoją nadwątloną wiekiem pamięć i nijak nie mogę sobie przypomnieć ile głosów w prezydenckich wyborach uzyskali Marcin Przydacz, Sławomir Cenckiewicz, Zbigniew Bogucki? Jakie uzyskali poparcie wyborców by dziś mogli przypisywać sobie prezydenckie uprawnienia do publicznego wyrażania swoich osobistych opinii z mocą władczą w politycznym i ekonomicznym systemie państwa ? 

Nie mogę też odszukać ani w Konstytucji ani w innych przepisach prawa na jakiej podstawie Marcin Przydacz, Sławomir Cenckiewicz, Zbigniew Bogucki korzystają z tytułów „minister” które to tytuły są właściwe wyłącznie dla członków rządu powołanego przez Sejm RP. Nie przypominam sobie aby Marcin Przydacz, Sławomir Cenckiewicz, Zbigniew Bogucki byli przez Sejm RP powoływani na obecnie zajmowane przez nich stanowiska w Kancelarii Prezydenta.

Konstytucja RP nie przewiduje instytucji „ministrów prezydenckich”. Ministrowie w rozumieniu prawa konstytucyjnego są wyłącznie członkami Rady Ministrów, powoływanymi przez Prezydenta na wniosek Prezesa Rady Ministrów (art. 154–155 Konstytucji). Urzędnicy Kancelarii Prezydenta nie mają podstawy prawnej, aby korzystać z kompetencji właściwych konstytucyjnym ministrom – ich status i uprawnienia wynikają jedynie z ustawy o Kancelarii Prezydenta RP i nie obejmują prerogatyw rządowych.

Konstytucyjna podstawa funkcjonowania ministrów

  • Art. 146 Konstytucji RP: Rada Ministrów prowadzi politykę wewnętrzną i zagraniczną państwa, kieruje administracją rządową i wykonuje ustawy.
  • Art. 147 Konstytucji RP: W skład Rady Ministrów wchodzą Prezes Rady Ministrów, wiceprezesi oraz ministrowie.
  • Art. 154–155 Konstytucji RP: Prezydent powołuje Prezesa Rady Ministrów i na jego wniosek pozostałych członków Rady Ministrów.
    Wynika z tego, że tylko ministrowie powołani w trybie konstytucyjnym mają kompetencje do wykonywania zadań rządowych.

Status urzędników prezydenckich

  • Urzędnicy Kancelarii Prezydenta RP działają na podstawie ustawy o Kancelarii Prezydenta RP (Dz.U. 1996 nr 106 poz. 493 z późn. zm.).
  • Kancelaria jest organem pomocniczym Prezydenta a rolą i jedynym zadaniem panów Marcina Przydacza, Sławomira Cenckiewicza, Zbigniewa Boguckiego jest obsługa administracyjna, organizacyjna i doradcza Prezydenta w jego Kancelarii.
  • Urzędnicy Kancelarii mogą pełnić funkcje doradcze lub kierownicze w ramach Kancelarii, ale nie są członkami Rady Ministrów i nie posiadają kompetencji konstytucyjnych ministrów i nie posiadają żadnych uprawnień sprawczych poza obrębem prezydenckiej kancelarii.

Brak podstawy prawnej do „ministrów prezydenckich”

  • Konstytucja RP nie zna pojęcia „minister prezydencki”.
  • Prezydent może powoływać doradców, sekretarzy stanu czy szefów kancelarii, ale ich kompetencje są ograniczone do obsługi Prezydenta.
  • Nie mogą oni korzystać z uprawnień właściwych ministrom rządu, takich jak wydawanie rozporządzeń, kierowanie administracją rządową czy udział w Radzie Ministrów.
  • W praktyce tytuł „minister” w Kancelarii Prezydenta ma charakter honorowy lub zwyczajowy, nie zaś konstytucyjny. Zatem więc, wszelkie próby rozszerzenia kompetencji urzędników prezydenckich na wzór ministrów rządowych nie mają podstawy prawnej i są sprzeczne z Konstytucją.

Podsumowując – Konstytucja RP jasno rozdziela kompetencje Prezydenta i Rady Ministrów. Urzędnicy Kancelarii Prezydenta, a zwłaszcza Marcin Przydacz, Sławomir Cenckiewicz, Zbigniew Bogucki nie mogą być traktowani jako ministrowie w sensie prawnym i nie mają prawa korzystać z uprawnień właściwych konstytucyjnym ministrom rządu a publicznie wyrażane przez nich stanowiska są w każdym przypadku tylko i wyłącznie cytatami z opinii samego prezydenta, przekazanymi im do publicznego ogłoszenia.

Najpewniejszy zawód III RP to kardynał !

W kraju, w którym pielęgniarka liczy dyżury, nauczyciel grosze, a robotnikowi emerytura przesuwa się niczym horyzont na pustyni, istnieje zawód, który gwarantuje spokój, luksus i metafizyczną beztroskę. Nie programista. Nie notariusz. Kardynał !

Bo oto w Polsce, tej biednej, skromnej, wiecznie „zaciskającej pasa”, kardynał na emeryturze otrzymuje dwadzieścia pięć tysięcy złotych miesięcznie na swoje kardynalskie, delikatne dłonie. Emerytura nie byle jaka, bez ryzyka, bez reform, bez „waloryzacji poniżej inflacji”. Emerytura jak z Ewangelii — cudowna.

Do tego rezydencja. Zabytkowa. Trzykondygnacyjna. Z ogrodem. Oczywiście ogrodzonym, by pospólstwo – to samo, które słucha kazań o pokorze – nie plątało się pod stopami purpury. Bo bieda jest piękna, ale z daleka.

W tym ogrodzie, o porannej rosie, kardynał będzie układał homilie. O skromności. O uchu igielnym. O miłości bliźniego. O ofiarności. O tym, że „trzeba się dzielić”. Wszystko to w otoczeniu zieleni, ciszy i służby — wprawdzie skromnej, lecz wystarczająco licznej, by starość nie była zbyt ascetyczna.

Posiłki? Wykwintne, ale skromne. Jak przystało na człowieka, który uczy, że „nie samym chlebem żyje człowiek” — zwłaszcza gdy chleb podawany jest na srebrnej tacy.

I tak oto system działa perfekcyjnie: pospólstwo modli się o przetrwanie, duchowny modli się o to, by rosół nie wystygł nalewany do porcelanowej i złoconej zastawy. Jedni składają ofiary „dla ubogich”, drudzy składają homilie o tym, jak piękna jest bieda, gdy się jej nie doświadcza.

W Polsce XXI wieku najpewniejszą więc inwestycją emerytalną nie jest ZUS, IKE ani nieruchomości.

Najpewniejszą inwestycją jest sutanna – najlepiej purpurowa.