Wszystkie wpisy, których autorem jest admin-fpIxsaau

Sprawiedliwość społeczna ?

W Polsce od lat toczy się fundamentalny spór o jakość państwa, jego bezstronność i praworządność. Spór ten raz po raz ujawnia się w spektakularnych przykładach, które jednocześnie przyciągają uwagę opinii publicznej i odsłaniają stan instytucji. Jednym z takich przykładów jest kwestia uprawnienia do emerytury sędziowskiej Krystyny Pawłowicz – osoby o intensywnym życiorysie politycznym, powołanej do Trybunału Konstytucyjnego mimo poważnych zastrzeżeń prawnych. Eksperci, w tym prof. Marek Chmaj, wskazują, że wybór jej oraz Stanisława Piotrowicza był wadliwy, gdyż oboje nie posiadali biernego prawa wyborczego. To nie jest drobne uchybienie – to fundamentalny brak zgodności z prawem, który powinien skutkować brakiem prawa do świadczeń sędziego TK.

Kiedy społeczeństwo widzi, że prawo nie obejmuje osób na szczytach władzy, trudno oczekiwać, że obywatele będą wierzyć w jego sprawiedliwe stosowanie. Poczucie cynizmu i bezradności staje się naturalną reakcją.

Drugim obszarem, który tę wiarę wystawia na próbę, jest działalność Narodowego Banku Polskiego. Faktem jest, że za czasów prezesury Adama Glapińskiego NBP przekazywał olbrzymie kwoty do budżetu państwa – ale wyłącznie w okresie rządów PiS. Gdy zmieniła się władza, zyski banku centralnego nagle ustąpiły miejsca stratom. Nie sugeruje to automatycznie manipulacji, lecz rodzi pytania o przejrzystość i rzetelność polityki finansowej. Brak zysków w roku, w którym państwo szczególnie ich potrzebuje, uderza nie tylko w finanse publiczne, lecz także w zaufanie społeczne, które jest jednym z najważniejszych kapitałów nowoczesnego państwa.

Tym bardziej uderza kontrast między stratami instytucji a poziomem wynagrodzeń jej władz i wysokich urzędników, a także otoczką luksusu, jaka często towarzyszy publicznym inwestycjom na najwyższych szczeblach. To nie tylko uderza w poczucie sprawiedliwości, ale także w wyobrażenie o odpowiedzialności za dobro wspólne.

Ten dysonans staje się jeszcze bardziej widoczny, gdy zestawi się go z doświadczeniem zwykłego obywatela. Przeciętny Kowalski, budując własny dom, jest poddawany drobiazgowej i często surowej kontroli administracyjnej. Państwo egzekwuje przepisy z precyzją, która kontrastuje z pobłażliwością, a nawet bezradnością wobec wielkich inwestycji powiązanych z podmiotami o dużych wpływach politycznych. Różnica ta podkopuje poczucie równości wobec prawa.

Wreszcie pojawia się wątek moralności publicznej – często głoszonej z wielkim zapałem przez osoby, których życie prywatne nie zawsze pozostaje w zgodzie z nauczanymi ideałami. To zjawisko nie jest nowe, ale w ostatnich latach przybrało szczególną intensywność i jeszcze bardziej ośmiesza moralne roszczenia tych, którzy sami nie żyją zgodnie z głoszonymi zasadami.

Wszystkie te elementy składają się na obraz państwa, w którym część obywateli ma prawo czuć się pozostawiona sama sobie, a niekiedy nawet oszukana. Jednak mimo narastającej frustracji nie jest konieczne odrzucanie idei państwa demokratycznego. Raczej trzeba domagać się konsekwentnego stosowania zasad, które stanowią fundament wspólnoty: równości wobec prawa, przejrzystości działania instytucji oraz realnej odpowiedzialności władz za swoje decyzje.

Bazaroróżycki styl

Odejście Krystyny Pawłowicz z Trybunału Konstytucyjnego zamyka pewną epokę , choć nie taką, o której marzylibyśmy jako obywatele państwa prawa. Była posłanka, a następnie sędzia TK, znana nie tyle z prawniczej erudycji, ile z twitterowych połajanek i publicznych tyrad w bazaroróżyckim stylu, pozostawia po sobie instytucję głęboko zdegradowaną. Jednak to nie sam fakt odejścia wywołuje gorzki uśmiech, lecz sposób, w jaki, już po wszystkim, domaga się państwowych gratyfikacji.

W przestrzeni publicznej słyszeliśmy już różne argumenty „należy mi się”, ale z reguły dotyczyły one ludzi, którzy przynajmniej próbowali maskować swoje roszczenia jakąś formą zasług. W tym przypadku mamy jednak roszczenie całkowicie nagie: wyższa emerytura, odpowiednio hojna odprawa, najlepiej większa niż ta, którą otrzymał były prezydent Andrzej Duda. Nie dlatego, że w system prawa wniosła trwały wkład; nie dlatego, że jej dorobek naukowy zmienił sposób myślenia o konstytucjonalizmie. Lecz dlatego, że była bezwarunkowo lojalna wobec jednej partii i jednego lidera.

Trudno zatem uciec od wrażenia, że chodzi o symboliczną „zapłatę” za lata służby, które  w ocenie wielu prawników, przyczyniły się do wypłukania TK z autorytetu. I kiedy teraz pani Pawłowicz oczekuje, by państwo polskie doceniło jej wysiłek, mamy do czynienia nie tylko z roszczeniowością, ale z ciekawym odwróceniem ról – zamiast rozliczenia, pojawia się żądanie nagrody.

To zjawisko charakterystyczne dla ostatniej dekady. Politycy i funkcjonariusze życia publicznego, którzy traktowali instytucje jak narzędzia władzy, wychodzą ze służby państwowej z poczuciem, że zasługują na dodatkowe benefity. To konsekwencja myślenia o państwie nie jako o wspólnym dobru, ale jako o systemie nagród dla swoich.

W tym sensie odejście Pawłowicz staje się metaforą większego procesu, a mianowicie polityki, która przez lata żywiła się emocją, polaryzacją i agresją a teraz żąda finansowego podsumowania swoich działań. Nie ma w tym skruchy ani refleksji. Jest natomiast przekonanie, że należy się coś więcej i to koniecznie z publicznej kasy.

Pozostaje pytanie – czy po takim finale jesteśmy choć o centymetr bliżej odbudowy zaufania do instytucji państwa? Czy raczej po raz kolejny widzimy, jak upadek standardów nie kończy się nawet wraz z odejściem osób, które się do niego przyczyniły?

To gorzki obraz, ale prawdziwy. Epoka się kończy, lecz rachunki, jak zawsze, mają zapłacić obywatele.

Niedojrzałość demokratyczna

W polskiej debacie publicznej regularnie powraca pokusa przedstawiania własnych przeciwników politycznych jako „niedojrzałych”, „niegotowych” lub „niezdolnych” do pełnego uczestnictwa w życiu demokratycznym. To retoryka stara jak sama polityka — bo nic tak skutecznie nie buduje władzy, jak ustawienie siebie w roli rodzica, a obywateli w roli niesfornych dzieci. Jednak kiedy używa się jej w XXI wieku, w kraju o czterech dekadach doświadczeń wolnościowych, brzmi ona szczególnie archaicznie.

Stwierdzenie, że rząd Donalda Tuska „nie dorósł kulturowo do demokracji” i że potrzebne będą pokolenia, aby osiągnąć odpowiedni poziom świadomości, nie jest jedynie złośliwością wymierzoną w przeciwników. To element szerszego światopoglądu, w którym polityka staje się niemal kastowym systemem — gdzie pewna grupa przedstawia siebie jako nosicieli „właściwej” wiedzy i tradycji, a resztę społeczeństwa jako wymagającego wieloletniej reedukacji. To retoryka paternalistyczna, która z góry zakłada, że demokracja jest czymś w rodzaju wspinaczki, a tylko jeden obóz polityczny zna drogę na szczyt.

Taki sposób myślenia pojawiał się już wielokrotnie w historii. Zwykle towarzyszył politykom przekonanym o swojej wyjątkowości — o tym, że reprezentują „prawdziwy naród”, a nie tylko jego część. Z perspektywy czasu wiemy, jak groźne potrafi być takie myślenie: prowadzi nie tylko do polaryzacji, lecz także do delegitymizacji demokratycznych instytucji. Jeśli przeciwnik polityczny ma być „niedojrzały”, to jego prawa mogą być ograniczane „dla dobra wspólnego”. Jeśli wyborcy nie głosują „jak powinni”, można zakwestionować ich kompetencje, a następnie prawa wyborcze czy decyzje parlamentu.

Zestawianie współczesnych sporów politycznych z dramatycznymi przykładami XX wieku nie powinno służyć tanim analogiom, lecz raczej ostrzeżeniom. Historia uczy nas, jak łatwo paternalizm przechodzi w uprzedmiotowienie, a uprzedmiotowienie w nadużycia. Dlatego każde słowa sugerujące, że jakaś grupa Polaków jest „gorsza”, „niedojrzała” czy „niegotowa”, zasługują na szczególną uwagę i krytyczną analizę — niezależnie od tego, kto je wypowiada.

Współczesna demokracja nie opiera się na jedności światopoglądowej, lecz na pluralizmie. Nie na hierarchii dojrzałości, lecz na równości głosu. Nie na przekonaniu, że jedna strona ma naturalny monopol na patriotyzm i wiedzę, lecz na zderzeniu argumentów i wspólnej odpowiedzialności. Podkreślam – wspólnej odpowiedzialności. Dlatego próby przedstawiania społeczeństwa jako „niedojrzałego” są zawsze próbą naruszenia tej podstawowej zasady.

Można mieć różne opinie o rządzie Donalda Tuska, jego kompetencjach czy programie. Ale opinie Kaczyńskiego, odmawiające Tuskowi i jego wyborcom dojrzałości demokratycznej mówią znacznie więcej – zdradzają przekonanie prezesa PiS-u, że demokracja powinna wyglądać inaczej — że powinna być mniej konkurencyjna, mniej różnorodna, bardziej podporządkowana jednej wizji politycznej.

A to paradoksalnie, jest właśnie najpoważniejszym sygnałem niedojrzałości.

W przedpokoju europejskiej dyplomacji.

Francja, Niemcy i Wielka Brytania postanowiły opracować plan zakończenia wojny na Ukrainie… bez Polski. Jak to? Bez Warszawy, stolicy geopolitycznego wszechświata, bez Karola, bez Donalda i bez stojącymi jak cień za ich plecami – Jarosława ? Skandal!

A może jednak… logika?

Bo co tam sobie w stolicach Europy pomyślano: „Zaprosimy Polskę”, a spoglądając na nasze podwórko – jak w kabarecie. Rząd mówi jedno, prezydent drugie, parlament trzecie, a Kaczyński z ojcem Rydzykiem czwarte. Nad Wisłą nie trzeba nawet robić konferencji prasowych – wystarczy włączyć TV i obserwować, który obóz dziś na kogo ma focha.

Prezydent wetuje wszystko, co nie mieści się w jego kalendarzu, premier udaje, że nie widzi prezydenta, rząd chowa głowę w ramionach jak struś w piasek, a ostateczne decyzje i tak zapadają „na Żoliborzu”.

Zachodni negocjatorzy spojrzeli więc na mapę, potem na polską scenę polityczną i doszli do wniosku, że nie ma sensu zapraszać kogoś, kto i tak musi najpierw zapytać: „A co na to Jarek?”, „Czy Karol się nie obrazi?” i „Czy ojciec dyrektor pobłogosławi?”.  Jak tu rozmawiać poważnie, kiedy partnerem jest kraj, który sam siebie nie bierze na serio?

Bo jak ma wyglądać taka konferencja?

– Francja proponuje rozejm.
– Niemcy ustalają warunki realizacji.
– Wielka Brytania przygotowuje gwarancje bezpieczeństwa.
– A Polska? Polska wysyła oficjalne stanowisko: „Decyzja zapadnie po naradzie u prezesa, ale bez kamer i bez stenogramów. Prosimy o cierpliwość. Szef BBN-u poinformowany, a Prezydent się nie zgadza. Rząd coś tam słyszał, ale nie może nic zrobić, bo prezydent się nie zgadza.”

Polska wypadła więc z fotela przy stole, bo trudno brać na serio takie państwo, którego oficjalne stanowiska można ustalać jedynie dzwoniąc  do zaprzyjaźnionych klubów bokserskich, w okolice Żoliborza w Warszawie i do Torunia. A Europa, jakkolwiek by ją krytykować, wciąż naiwnie zakłada, że decyzje państw powinny wynikać z konstytucyjnych kompetencji, a nie z tego, komu udało się dorwać mikrofon na zjeździe partyjnym.

I tak NATO, UE i wielka dyplomacja idą naprzód – bez Polski, która sama postanowiła stać z boku, przyglądając się zza płotu i mamrocząc coś o „zdradzie elity Zachodu”. Tyle że trudno mówić o zdradzie, jeśli najpierw samemu oddaje się państwo w ręce ludzi, którzy uznali, że instytucje są jedynie dekoracją, a polityka zagraniczna – obowiązkiem, od którego można wziąć L4.

Europa więc rozmawia o wojnie i pokoju.
Polska rozmawia o wetach i o tym, czy prezydent ma prawo być prezydentem jeśli rząd uważa że nie ma – oraz odwrotnie.

A jak ktoś ich zapyta, czemu nas tam nie ma – to najczęściej odpowiedź brzmi  – nie „bo Zachód nas nie lubi”, „bo nam nie dowierza”.

Czy zapłoną stosy ?

Kiedyś polscy politycy jeździli na emigrację, by walczyć o wolność narodu. Dziś – by robić tabelki w Excelu i w Budapeszcie układać listy, kto pójdzie siedzieć, jak „prawdziwi patrioci” powrócą w Polsce do władzy.

Opublikowana przez Marcina Romanowskiego lista kilkuset osób, które – w ocenie środowiska PiS – miałyby odpowiadać przed sądami w razie powrotu dawnej władzy, jest sygnałem czegoś znacznie szerszego niż emocjonalna reakcja polityka pozostającego w konflikcie z wymiarem sprawiedliwości.

To symbol przechodzenia części polskiej klasy politycznej od narracji demokratycznej do logiki rewolucyjnej ,wedle której polityczni przeciwnicy nie są przeciwnikami lecz „zdrajcami”, „wrogami”, „ludźmi do rozliczenia”. To słownictwo służy mobilizacji gniewu i uzasadnianiu odwetu i nie służy jakiejkolwiek dyskusji.

Historia pokazuje, że listy wrogów zawsze pojawiają się tam, gdzie polityka staje się polaryzacją totalną, prawo zostaje sprowadzone do instrumentu walki a przeciwnik traci status obywatela i zostaje sprowadzony do roli kogoś, kogo trzeba unieszkodliwić.

W tym sensie lista Romanowskiego nie jest jedynie kontrowersyjną publikacją w internecie. Może być zwiastunem obecnego sposobu myślenia w wielu strukturach PiS. Z zapowiedzi Jarosława Kaczyńskiego wynika, że „rozliczenia” są nie tylko elementem retoryki kampanijnej ale są one realnym projektem politycznym.

Zjawisko to ma także wymiar kulturowy. Polityka oparta na resentymencie i karaniu wzmacnia podział społeczny i przekonanie, że druga połowa społeczeństwa jest nie tylko w błędzie i  stanowi sobą zagrożenie. Państwo przestaje być wspólną przestrzenią, a staje się narzędziem kontroli i selekcji na patriotów i zdrajców, na klaszczących prezesowi i na tych co się krzywią na jego widok itp. Itd.

Oczywiście w demokracji rozliczenia są czymś naturalnym – pod warunkiem, że odbywają się w ramach prawa i na podstawie rzeczywistych naruszeń. Problem zaczyna się jednak w chwili, gdy listy przeciwników powstają nie w sądach i nie w instytucjach, ale w gabinetach partyjnych lub na emigracyjnych blogach.

Dlatego rodzące się pytanie „czy zaczęło się polowanie na czarownice?” nie jest publicystyczną przesadą. To pytanie o granice demokracji, o kulturę debaty i o to, czy po zmianie władzy państwo wypełni swoje instytucjonalne funkcje – czy stanie się narzędziem odwetu ?

Jeśli więc polityka w Polsce ma wrócić do normalności, musi wrócić do rozmowy, a nie do katalogowania wrogów.

Obawiam się jednak, że lubiąca się powtarzać historia, powtórzy się jeśli PiS ponownie przejmie władzę. Najpierw jest lista. Potem czystki. Potem obozy – początkowo medialne, potem fizyczne. Każdy, kto zna podręcznik z dwudziestowiecznej historii – ten grubszy, co w liceum ledwo mieścił się w plecaku – wie, dokąd takie rzeczy prowadzą.

Fakt, że takie listy powstają mówi jedno – PiS marząc o zwycięstwie, zaczął też marzyć o zemście.

Małżeństwo Plus, czyli 40 tysięcy na miłość, bigos i disco polo

PiS postanowił odkryć na nowo tajemnicę długotrwałej miłości i trwałości rodziny. Nie psychologia, nie komunikacja, nie dojrzałość emocjonalna, nie wspólne wartości. Nie – tajemnicą jest 40 tysięcy złotych. Tyle ma podobno kosztować „Małżeństwo Plus” – program, w którym państwo nie tylko kocha obywatela, ale jest gotowe zapłacić, aby również obywatel pokochał obywatelkę. I odwrotnie.

No dobrze – ale jaki jest sens?

Za 40 tysięcy to wielkiego wesela się nie zrobi, raczej – jak mawiał klasyk – „przyjęcie z zimną płytą i akordeonem zza kanapy”. Bo przecież jak tu urządzić godne wesele, kiedy:

  • kapela za trzy godziny gry liczy tyle, co roczne PKB San Marino,
  • salę weselną trzeba rezerwować cztery lata wcześniej, a i tak dostaniemy piwnicę z kotłownią w bonusie,
  • wódka kosztuje więcej niż paliwo lotnicze,
  • a wiejski stół – o, panie – dziś to już stolica gastronomiczna eventów, a nie jakieś tam ogórki i smalec.

Więc co tu dużo mówić – 40 tysięcy to drobniaki. Takie „dziękujemy za udział w programie – resztę dopłaci pan młody z pieniędzy pożyczonych od świadków”.

Dlatego niniejszym składam publiczny apel do pana Marczuka:

Panie Bartoszu, niech pan wejdzie do prezesa na kolanach i wybłaga drugie tyle.

Bo co to za program „Małżeństwo Plus”, gdy nie starcza nawet na porządną orkiestrę i beczkę śledzi? Jak się państwo bierze za budowanie polskiej rodziny, to niech to robi z rozmachem, w stylu staropolskim:

  • wesele trzy dni,
  • poprawiny cztery,
  • reanimacja pięć.

Z 80 tysięcy to już można myśleć o imprezie, na której nikt nie będzie musiał kraść kotleta do kieszeni „na jutro”.

A kto wie – jak program wypali, to PiS mógłby pójść krok dalej:

  • Złote Gody Plus – 50 tysięcy za to, że się wytrzymało.
  • Rozwód Minus – zwrot dopłaty przy przedwczesnym zejściu z małżeńskiego okrętu.
  • Teściowa Neutral – bonus na melisę i psychiatrię.

A na końcu, po kilku latach rządzenia – polska demografia odżyje, budżet padnie, ale za to w każdym powiecie powstaną Narodowe Domy Weselne im. Jarosława Kaczyńskiego.

Chapeau bas !

Jak poinformował onet.pl, w jednym z oświęcimskich supermarketów, 65 letnia seniorka ukradła jedzenie bo była głodna a nie stać jej było na żadne zakupy. Wezwani do interwencji Policjanci zapłacili za produkty i oddali je seniorce. Takiej właśnie policji potrzebujemy  –  wrażliwej, empatycznej, z wrażliwym poczuciem sprawiedliwości a nie jak za czasów PiS – pilnującej willi niejakiego prezesa i ślepo machającej mieczem Temidy.

Panowie Policjanci z Oświęcimia – chapeau bas !

Konstytucja, prerogatywy i granice urzędniczych uprawnień

Spór wokół wypowiedzi Marcina Przydacza, urzędnika Biura Polityki Międzynarodowej Prezydenta RP, każe zadać kilka zasadniczych pytań – nie politycznych, lecz ustrojowych. Najważniejsze z nich brzmi: na jakiej podstawie przedstawiciel Kancelarii Prezydenta publicznie wzywa do „opamiętania” konstytucyjnego ministra spraw zagranicznych i wicepremiera rządu Rzeczypospolitej?

Radosław Sikorski, komentując próby rozszerzania prezydenckich kompetencji, odwoływał się do Konstytucji. Krytykował konkretne działania i ich zgodność z ustawą zasadniczą. To legalny, demokratyczny i dopuszczalny głos członka rządu. Tymczasem reakcją ze strony Pałacu było polityczne napomnienie, udzielone przez urzędnika, a nie przez prezydenta, premiera czy organ konstytucyjny.

Trudno wskazać w Konstytucji RP przepis, który przyznawałby przedstawicielowi prezydenckiego biura kompetencje do publicznego oceniania działań ministra władzy wykonawczej. Konstytucja określa pozycję prezydenta, ministrów, rządu, Sejmu oraz modeli ich współdziałania. Nie przewiduje jednak, by urzędnicy Kancelarii Prezydenta występowali w roli nadzorców lub wychowawców rządu.

Ten problem narasta od miesięcy. Zauważalne jest stopniowe przesuwanie proporcji władzy – nieformalnych, ale odczuwalnych – w stronę Pałacu Prezydenckiego. Prezydent coraz częściej mówi w imieniu państwa, a nie własnych prerogatyw; coraz częściej przemawiają też w jego imieniu urzędnicy, sugerując jak powinno wyglądać zachowanie Premiera, ministrów, rządu czy większości parlamentarnej.

Zwraca uwagę przytoczone przez krytyków zdanie, że „prezydent nie reprezentuje Polski, tylko swoją kancelarię”. Choć to oczywiste uproszczenie, wskazuje na problem realny – granica między rolą prezydenta a rolą jego zaplecza politycznego zaczyna się rozmywać. Ot, nowy ustrój – Rzeczpospolita Urzędnicza.

Sytuację dodatkowo wzmacnia symbolika – choćby niedawno wyświetlane na fasadzie Pałacu Prezydenckiego projekcje, odbierane przez wielu jako polityczna manifestacja. To dla części opinii publicznej sygnał, że urząd prezydenta bywa wykorzystywany nie jako neutralny strażnik Konstytucji, ale jako uczestnik bieżącego sporu.

W dojrzałej demokracji to niebezpieczne. Minister ma prawo krytykować działania prezydenta, jeśli uważa je za niezgodne z Konstytucją. Prezydent ma prawo odpowiedzieć. Ale taka debata powinna odbywać się na poziomie konstytucyjnych organów państwa ale w żadnym przypadku nie w formie pouczeń wygłaszanych przez urzędników, którzy żadnej demokratycznej legitymacji do tego nie posiadają.

I to jest w tym sporze najważniejsze: nie kto ma rację politycznie, lecz kto ma prawo wypowiadać się w imieniu państwa.

Spory między rządem a prezydentem mogą i będą się zdarzać. Ale powinny odbywać się w granicach wyznaczonych przez Konstytucję – nie poza nimi.

Bezkarność jako tradycja ustrojowa

Historia współczesnej Polski uczy nas jednej rzeczy: każde bezprawie, jeśli przetrwa dostatecznie długo, staje się obyczajem. Tak oto prezydencka bezkarność, ugruntowana za czasów Andrzeja Dudy, dziś kwitnie w najlepsze pod ręką jego następcy. Decyzja Karola Nawrockiego o odmowie powołania 46 sędziów nie wzięła się znikąd – to nie incydent, lecz logiczna konsekwencja zaniechań poprzedników.

Kiedy Duda łamał Konstytucję, czyniąc z niej instrument partyjnej woli, elity polityczne i prawnicze ograniczały się do gróźb i konferencji. Zapowiadano Trybunał Stanu, debatowano o „precedensie”, a potem – jak zwykle – nic. Władza zobaczyła, że granice prawa można przesuwać bezkarnie, jeśli robi się to z odpowiednią dozą arogancji i uśmiechu przed kamerą.

Dzisiejszy główny lokator prezydenckiego pałacu zrozumiał lekcję: bezkarność nie jest ryzykiem – jest przywilejem urzędu.
Odmowa powołania sędziów, tylko dlatego, że mieli wątpliwości wobec kompetencji głowy państwa, to symboliczny gest: „Albo uznajesz moją władzę, albo nie istniejesz w systemie”.
Tak oto konstytucyjna niezależność sądów zostaje przekształcona w zależność personalną, a lojalność wobec prawa zastąpiona lojalnością wobec głównego lokatora w pałacu prezydenckim.

Tusk i Żurek grzmią, lecz grzmoty te rozchodzą się w pustce. Bo dziś trudno moralizować z pozycji tych, którzy wczoraj milczeli. Ich zaniechanie stało się fundamentem obecnego bezprawia. Jeśli dotąd nie rozliczono Dudy, dziś nikt nie rozliczy Nawrockiego. Państwo prawa nie upada z dnia na dzień – ono się rozsypuje, jak stary dom, z którego co chwilę ktoś usuwa cegłę, aż budynek runie.

A my, obywatele, pozostajemy w roli widzów i degustatorów, karmionych co kadencję nową wersją tej samej potrawy: gęstego, ciężkostrawnego żurku hipokryzji.