Wszystkie wpisy, których autorem jest admin-fpIxsaau

Sierpień – miesiąc żniw, grillów i triumfów statystycznych.

Według najnowszego sondażu IBRiS, zaufanie narodu jak zawsze rozkwita niczym chwasty na działce – bujnie, dziko i całkowicie wbrew rozsądkowi. Na piedestał ponownie wdrapał się wicepremier i minister od wszystkiego, co „zagraniczne”, czyli Radosław Sikorski. Tryumfował, choć 41,8% obywateli zadeklarowało, że może i mu wierzy, ale tak trochę z przymrużeniem oka. To o całe 0,4 punktu procentowego mniej niż poprzednio – czyli o dokładnie tyle, ile znaczy mrugnięcie powieki respondenta w trakcie badania.

Nie ufa mu jednak przygniatająca większość, czyli 45,5%. Ale w polskich standardach politycznych „przygniatająca większość” to dziś synonim słowa „stabilna popularność”. No bo skoro naród cię nie znosi, to znaczy, że zna twoje nazwisko. A to już połowa sukcesu.

Na drugim miejscu, spychany ze szczytu niczym puszka po piwie ze stołu w ogródku działkowym, znalazł się Karol Nawrocki. Jeszcze miesiąc temu był liderem, a teraz – dramat – stracił 5,5 punktu zaufania. Katastrofa na miarę polskiej polityki! Mimo to wciąż cieszy się sympatią 41,3% rodaków, czyli prawie tylu, ilu przypadkiem kliknęło „lubię to” pod zdjęciem kota w internecie.

Aż 48% respondentów wyznało, że go nie cierpi – ale pamiętajmy: to „zaledwie” 48%. W kraju, w którym 9 na 10 ludzi nie ufa sąsiadowi, że odda pożyczony przedłużacz, to i tak wynik godny pogratulowania.

A co z resztą? Obojętne, nijakie 11,3% wobec Sikorskiego i 10,3% wobec Nawrockiego – prawdziwa sól demokracji. To ta grupa, która nie wie, czy żyje w państwie czy w memie, ale wciąż ma odwagę odebrać telefon od ankietera. To właśnie oni budują fundamenty Rzeczpospolitej Obojętnych.

Z sondażu IRBIS wynika zatem, że jest jeden lider, którego „przygniatająca większość” nie znosi, i drugi – którego „zaledwie” połowa by najchętniej wywiozła taczką. Tak to właśnie wygląda triumf demokracji po polsku. Sondaże pokazują, że jesteśmy narodem, który ufa z nieufnością i nie ufa z pełnym zaufaniem.

Bo przecież w Polsce nie chodzi o to, żeby wierzyć – chodzi o to, żeby być zmierzonym.

Obywatelska troska w wersji XXL

Do Ministerstwa Zdrowia wpłynęła petycja nietypowa, a nawet – powiedzmy wprost – historyczna. Nie chodzi bowiem o podwyżkę akcyzy, o likwidację monopolowych ani nawet o wprowadzenie godzin policyjnych dla piwoszy. O, nie! Chodzi o coś znacznie ambitniejszego: zakaz sprzedaży alkoholu i papierosów osobom, które ukończyły 60. rok życia. Bo przecież jeśli Polak ma problem, to najlepiej rozwiązać go jednym rzutem długopisu – najlepiej cudzym.

Argumentacja jest prosta jak butelka po tanim winie: sześćdziesięciolatek na trzeźwo potrafi już czasem palnąć takie mądrości, że młodszym słuchaczom włos się jeży, a uszy odpadają jak liście jesienią. A teraz wyobraźmy sobie, co taki senior, wypiwszy setkę, może jeszcze wygłosić! Filozofię życia? Krytykę władzy? A może – o zgrozo – własne wspomnienia z PRL-u? Nic dziwnego, że młodsi obywatele wpadają w trwogę, wizualizując staruszka przy stole, który po czwartej kolejce zaczyna cytować Gomułkę, recytować Mickiewicza i jednocześnie udzielać rad wychowawczych, jakich nie powstydziłby się podręcznik tresury psów.

No bo spójrzmy prawdzie w oczy: sześćdziesiąt lat to wiek groźny. Wiek, w którym człowiek zaczyna mieć pamięć zbyt długą i język zbyt giętki. A młodzi nie po to wymyślili swoje skróty, memy i emotki, żeby im tu babcie i dziadkowie przypominali, jak wyglądało życie bez internetu, kredytów i influencerów. W tym sensie zakaz alkoholu i papierosów jest nie tylko środkiem prewencji zdrowotnej, ale wręcz ochroną psychiczną pokolenia „Z” i „Alfa”.

Co więcej, inicjatywa ma potencjał rozwojowy. Skoro sześćdziesięciolatek po kieliszku to zagrożenie, to może pójdźmy dalej?
– Zakaz sprzedaży internetu osobom po pięćdziesiątce, bo zbyt często komentują „a za moich czasów…” pod każdym artykułem.
– Zakaz posiadania pilota do telewizora dla osób po siedemdziesiątce, bo ciągłe przełączanie między TVP Info a Tele5 może grozić rozstrojeniem odbiornika.
– Zakaz spacerów dla osiemdziesięciolatków, bo jak usiądą na ławce i zaczną wspominać „co to było w 1945 roku”, to przechodzący dwudziestolatek może doznać szoku historycznego i stracić całą wiarę w TikToka.

A kto wie, może z czasem wprowadzimy też system naklejek ostrzegawczych: „Uwaga! Senior. Może mówić pełnymi zdaniami, używać archaicznych pojęć i mieć własne zdanie na temat polityki.” Wtedy młodzi, zanim podejdą, będą wiedzieli, z czym mają do czynienia.

Ministerstwo, jeśli potraktuje sprawę poważnie, stanie się pionierem nowej polityki społecznej – polityki ciszy pokoleń. Bo przecież chodzi nie o zdrowie seniorów, tylko o zdrowie psychiczne młodszych, aby nie musieli znosić tych niewygodnych, pijackich tyrad, które zaczynają się od „kiedyś to było…” a kończą na „a wy to macie dobrze, bo wszystko podane na tacy”.

No cóż, przysłowie głosi, że „głupich nie sieją, sami się rodzą”, obywatelsko i po obywatelsku.

Króliki konstytucyjne i opium władzy

Konstytucja. Słowo wielkie, dźwięczne, nadymające policzki jak trąba fanfarowa. A jednocześnie – w praktyce – coś między kartką papieru do owinięcia śledzia a ścierką do wycierania ust po obiedzie. Bo konstytucję w Polsce – jaka by nie była – każdy olewać może. Właściwie to każdy olewa. Najpierw rząd, potem opozycja, potem ci, którzy dopiero co wyszli z kapelusza politycznego jak króliki cyrkowe – świeże, różowe, niby nowe, ale wciąż gryzące tę samą marchewkę: władzę.

A władza, jak wiadomo, jest opium. Daje haj lepszy niż wszystkie ustawki piątkowe razem wzięte. Kto raz powącha, ten już nie wraca do zwykłego, nudnego życia. Nie ma znaczenia, czy mówimy o starej partii z zakurzonym logo, czy o nowym „ruchu obywatelskim”, który obywateli ma na ustach częściej niż dentysta plombę. Każdy, kto posiądzie choćby odrobinę decyzyjności, od razu zaczyna śnić o nowej konstytucji. Takiej, w której to on, jedyny, będzie Panem i Władcą, Głosem Narodu, albo przynajmniej Dyżurnym Magikiem od królików.

Weźmy takiego królika politycznego. Siedzi sobie cicho pod kapeluszem – nikt o nim nie słyszał, nikt nie widział. Aż tu nagle – puf! – jest! Błyszczy na ekranie, rozdaje ulotki, bredzi o „przywracaniu demokracji” lub „budowaniu nowego ładu narodowego”. I zaraz ma w ręku własny projekt konstytucji. Bo dziś projekt konstytucji to nie jest poważny dokument. To rekwizyt. Jak miecz z plastiku w rękach pięciolatka. Jak królika w rękach kuglarza.

Każdy może napisać konstytucję. Studenci prawa na trzecim roku, profesorowie na emeryturze, celebryci od tańca na lodzie, księża, którzy nie zdążyli na kazanie. A także – co nieuniknione – sami politycy, którzy w konstytucji widzą jedno: gwarancję, że już nikt im tej ich zabawki z piaskownicy nie odbierze.

Ale najgorsze jest to, że konstytucja – ten rzekomy fundament państwa – coraz częściej pełni rolę folii ochronnej dla zamordyzmu. Zapiszemy, że władza ma być niepodzielna? Proszę bardzo. Zapiszemy, że naród kocha przywódcę? Jeszcze lepiej. A jeśli się da, to wrzucimy artykuł o tym, że kto podważa władzę, podważa samą ideę narodu, czyli de facto powinien spłonąć na stosie.

Bo opium władzy nie tylko odurza – ono niszczy. To narkotyk, który każe wierzyć, że konstytucję można wyginać jak plastelinę, pisać na nowo jak notatki na marginesie zeszytu, zmieniać co kadencję jak skarpety. Kiedyś konstytucja była tarczą, dziś jest skrętem – kto chce, ten sobie skręca i zaciąga się na wizji.

A obywatel? Obywatel przygląda się temu z mieszanką obrzydzenia i rezygnacji. Bo co on może? W telewizji jedni machają egzemplarzem konstytucji jak świętą księgą, drudzy śmieją się z niej jak z kiepskiego dowcipu. A prawda jest taka, że konstytucja stała się czymś w rodzaju książki kucharskiej – każdy przepisuje ją po swojemu, każdy coś dopisze, każdy coś wykreśli. Zamiast fundamentu państwa mamy książkę z przepisami na to, jak upiec kiełbasę wyborczą.

I tak oto demokracja zamienia się w pokaz cyrkowy. Kuglarze wyciągają króliki, widownia klaszcze, a w tle gra orkiestra. Co kilka lat zmienia się numer, zmieniają się sztuczki, ale mechanizm pozostaje ten sam: konstytucja jest scenografią, opium władzy – główną nagrodą. A my wszyscy jesteśmy tylko publicznością, która płaci za bilet.

Może więc nie ma sensu już udawać? Może zamiast kolejnej konstytucji trzeba by napisać regulamin cyrku? Z prostymi zasadami: królik ma siedzieć w kapeluszu, kuglarz ma nie rzucać w publiczność, a orkiestra grać równo, bez fałszu.

Ale wtedy – kto by się jeszcze chciał odurzać tym cudownym, zakazanym opium?

Wyobraźmy sobie….

W Osinach spadł ruski dron. Zagrzmiał nad polami kukurydzy jak omen niebios – szyby wypadły, dachy zatańczyły, futryny jęknęły. Lud prosty drży, politycy wygłaszają swoje zaklęcia a MSZ znów próbuje zaklinać rzeczywistość notą protestacyjną, odpowiednikiem tupnięcia nogą w piaskownicy – „Władimir, oddaj łopatkę!”

I w tym właśnie momencie może nachodzić myśl, że żadne NATO, żadne systemy rakietowe, żadna dyplomacja nam nie pomoże. Polska potrzebuje bohatera a może nim być tylko jeden – Robert Bąkiewicz– syn Mazowsza, wybraniec, półczłowiek, półorzeł a w całości – patriota. W jego żyłach nie płynie krew, lecz roztopione godło. Każdy jego krok odbija się echem „Jeszcze Polska nie zginęła”, a każdy oddech pachnie prochem z Bitwy Warszawskiej.

Wśród ludu zrodziły się już nawet legendy, klechdy i baśnie, w tym kolejna dopisana do tych z tysiąca i jednej nocy, opowiadające, że kiedy Pan Robert rodził się w stodole, gwiazdy zgasły nad Moskwą a kremlowski kurant zaczął wydzwaniać jakieś dziwne melodie o jakiejś miłości w Zakopanem, czy coś takiego podobnego. Mówią też, że od dziecka zamiast smoczka miał racę i mały megafonik. A kiedy skończył pięć lat, przepędził całą grupę ruskich pionierów, nie wiadomo przez kogo i po co zaproszonych na apel w gminnym przedszkolu. I tak mu zostało do dziś i tam, gdzie inni stawiają płoty z drutu kolczastego, on stawia barykadę z różańców, tam, gdzie inni mają radary, on ma wzrok sokoli, zdolny wypatrzeć ruskiego drona w ciemności nocy, za górami, siedmioma lasami a nawet za siedmioma boleściami, czyli tam, gdzie inni odpalają rakiety, to on uderza pięścią w ziemię i patriotyczna fala niczym tsunami, strąca każdego ruskiego intruza.

Wyobraźmy zatem sobie inną noc na Podlasiu. Cisza, księżyc świeci. Nadciąga dron, ale zanim dotknie polskiego nieba, widzi na dole Pana Roberta, który stoi w polu w koszulce polo, a jego pierś błyszczy jak radar. Dron natychmiast traci sygnał GPS, głupieje ze strachu i spada w krzaki, przepraszając w ostatnim swoim tchnieniu, że śmiał chcieć naruszyć przestrzeń.

Każdy ruski dron, zanim naruszy polską przestrzeń powietrzną, będzie musiał spojrzeć w w żarliwe oczy Roberta Bąkiewicza a Putin wreszcie się przekona, że czeka go tylko wieczny wstyd i upokorzenie.

Czyż to nie piękna wizja ?

Czy osiemdziesięciolatek powinien decydować o losach Polski?

Gdyby to pytanie padło z ust zwykłego obywatela, można by się nad nim poważnie pochylić. Ale że padło z ust Andrzeja Dudy – człowieka, który przez lata prezydentury żył w równoległym uniwersum, zbudowanym z partyjnych podszeptów – całość brzmi jak żart. To tak, jakby ryba pouczała ptaka, że ten powinien się wreszcie nauczyć latać.

Andrzej Duda, krytykując starsze pokolenia za „skostniałe spojrzenie”, sam jest ucieleśnieniem politycznej skamieliny. Z tą różnicą, że jego skostnienie nie wynika z wieku, lecz z zadziwiającej zdolności do odrywania się od rzeczywistości. Polska według Dudy to kraina wiecznego sukcesu, w której problemów nie ma – są tylko przeszkadzające media, kapryśna Unia Europejska i wredna opozycja. Jeśli więc ktoś patrzy na świat „skostniałymi oczami”, to właśnie on – młodszy od osiemdziesięciolatków, ale mentalnie dawno już skamieniały.

Duda uwielbia snuć wizje o potrzebie zmiany pokoleniowej, ale sam nigdy jej nie reprezentował. Zamiast świeżości mieliśmy prezydenta, który z zapałem recytował partyjne instrukcje, niczym uczniak na akademii ku czci. Gdy trzeba było być odważnym – milczał. Gdy trzeba było być niezależnym – podpisywał. Gdy trzeba było rozumieć problemy ludzi – zajmował się tropieniem „ideologii”, które istniały wyłącznie w jego wyobraźni.

Można powiedzieć, że Andrzej Duda od dawna żyje w Polsce wyimaginowanej. W tej Polsce wszyscy są szczęśliwi, demokracja kwitnie, a on sam jawi się jako strażnik narodowych wartości. Tyle że ta kraina istnieje wyłącznie w jego głowie – coś na kształt Disneylandu dla polityka, w którym każdy problem można przykryć uśmiechem, defiladą albo kolejnym podpisem złożonym drżącą ręką pod partyjną ustawą.

Z tego punktu widzenia zarzut wobec osiemdziesięciolatków brzmi groteskowo. Bo co szkodzi Polsce bardziej – metryka, czy życie w alternatywnej rzeczywistości, w której Polska przypomina bajkowy teatrzyk kukiełek, a prezydent gra w nim rolę, której sensu dawno przestał rozumieć? Wiek można usprawiedliwić doświadczeniem, ale własnej iluzji – już nie.

Dlatego wypowiedź Andrzeja Dudy o konieczności zmiany pokoleniowej nie jest ani głosem rozsądku, ani przestrogą. To raczej przykład klasycznej projekcji: człowiek, który od lat nie ma kontaktu z realnym życiem, zarzuca innym, że są oderwani od rzeczywistości. Gdyby nie powaga urzędu którą do niedawna piastował, byłoby to po prostu zabawne. Niestety, przez lata było to tragiczne – bo Polska potrzebowała prezydenta, a dostała bohatera partyjnych instrukcji.

Ostatni pocałunek

Wystarczy rozejrzeć się uważniej, by dostrzec, że świat stał się jakby uboższy o pewien subtelny rytuał. Nie widać już ludzi całujących się publicznie – tego czułego gestu, który kiedyś należał do codzienności i wplatał się w pejzaż ulic, dworców, parków. Dziś relacje zdają się nagie, pozbawione drobnych znaków troski, odarte z ciepła i lekkości, jakie niosła spontaniczna tkliwość. Coraz rzadziej mijamy splecione dłonie, spojrzenia rozświetlone tą szczególną aurą, w której para nie jest tylko dwojgiem ludzi, lecz całością większą od sumy części.

Paradoksalnie, najłatwiej dostrzec tę pustkę tam, gdzie powinna panować pełnia – na wakacjach. Czas odpoczynku i bliskości obnaża kryzysy związków jak ostre światło. Partnerzy siedzący przy stole milczą, jakby każde zdanie było przeszkodą, nie pretekstem do rozmowy. Nie szukają dotyku, nie zatrzymują się razem, by patrzeć w morze czy w szybę kawiarnianego okna. Są, lecz jakby obok siebie. Śmiech i czułość ustąpiły miejsca ciszy, która ma w sobie ciężar obcości. Całuje ich słońce, lecz ono nie potrafi rozgrzać samotności, którą dzielą.

A przecież rozstania rzadko zaczynają się hukiem. Rzadko są dramatem z trzaskiem drzwi czy ostrym słowem. Częściej przypominają powolne topnienie lodu. Miłość nie gaśnie nagle – kruszeje, ulatnia się, jak mgła, która znika o świcie, zostawiając powietrze puste i chłodne. I w tym właśnie momencie pojawia się on – ostatni pocałunek.

To pocałunek szczególny, bo dźwiga ciężar wszystkiego, co niewypowiedziane. Ma smak niespełnionych marzeń, obietnic, które rozproszyły się w próżni, słów zbyt długo odkładanych na później. Jeszcze usta dotykają się nawzajem, lecz bez głodu i bez światła. Delikatne muśnięcie zamienia się w chłód. Z miękkości dawnych gestów pozostaje tylko sztywność, jakby pocałunek sam bronił się przed sobą.

Ostatni pocałunek jest paradoksem – bywa tkliwy, czasem aż za czuły, a przecież jest pieczęcią końca. Nosi w sobie pożegnanie, które nie zawsze zostaje wypowiedziane na głos. Jest jak tasak, odcinający teraźniejszość od przyszłości, która nie będzie już wspólna. Jest jak brama, przez którą przechodzi się samotnie – z pamięcią o tym, co było, i z niepewnością tego, co dopiero nadejdzie.

W nim kończy się opowieść o bliskości. W nim gaśnie światło, które kiedyś rozświetlało spojrzenia. Ostatni pocałunek jest czułym epitafium dla miłości – i nawet jeśli trwa tylko chwilę, pozostawia echo na długo.

Temida rzeczywiście jest ślepa

W czwartek 14 sierpnia Sąd Rejonowy dla Warszawy Śródmieścia umorzył postępowanie z oskarżenia Zbigniewa Komosy przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu. Chodzi o naruszenie nietykalności cielesnej. Przedsiębiorca twierdzi, że prezes PiS podczas jednej z miesięcznic smoleńskich dwukrotnie uderzył go w twarz. 

Sędzia Łukasz Grylewicz powiedział, że z materiału dowodowego wynika, że rzeczywiście”miało miejsce dwukrotne uderzenie ręką przez Jarosława Kaczyńskiego w okolice twarzy oskarżyciela prywatnego”. „Zachowania takiego oczywiście nie wolno pochwalać, jednak z drugiej strony, z uwagi na szczególne okoliczności, wyjątkową sytuację, w jakiej doszło do tego zachowania, sąd uważa, że społeczna szkodliwość tego czynu była znikoma, dlatego nie stanowi ona przestępstwa” – stwierdził.

Inny zapewne wyrok by zapadł gdyby w tych samych „szczególnych okolicznościach” Zbigniew Komosa „dwukrotne uderzył ręką” Jarosława Kaczyńskiego „w okolice twarzy” i idę o zakład o wszystko, że wówczas „społeczna szkodliwość tego czynu byłaby tak wielka, że stanowiłaby ona najcięższe przestępstwo a wówczas „śmieć” Zbigniew Komosa (tak go publicznie nazwał Kaczyński) byłby potraktowany najsurowszą karą – karą bezwzględnego i najsurowszego więzienia.

Temida rzeczywiście jest ślepa.

Coraz skoczniej gra orkiestra nastrojów

W Polsce polityka nie jest zwykłym rzemiosłem rozwiązywania problemów społecznych. To sztuka – ale nie taka, która wymaga pędzla, nut czy dłuta. To raczej widowisko w prowincjonalnym teatrze objazdowym, w którym aktorzy mają tylko dwa rekwizyty: mikrofon i minę sugerującą, że właśnie odkryli nową aferę albo zdradę stulecia. Publiczność oczywiście reaguje zgodnie z oczekiwaniami – jedni gwiżdżą, drudzy biją brawo, a wszyscy czują, że biorą udział w czymś ważnym.

Media głównego nurtu, te rzekomo opniotwórczo poważne i te z ironicznym bulwarowym uśmieszkiem, dbają o to, byśmy nigdy nie zapomnieli, że Polska stoi nad przepaścią – w dodatku każdego dnia inną. Jednego dnia jest to „ostre starcie” na linii prezydent–premier, innego „wojna na górze”, a gdy brakuje świeżych tematów, wystarczy odkurzyć słowo „prowokacja” i już mamy powód do alarmu. W nagłówkach dominują czasowniki wyjęte prosto z instrukcji wojennej: „dopaść”, „uderzyć”, „starcie”, „ani kroku w tył”.

Nie jest to jednak wojna o idee – idee są zbyt kłopotliwe, bo wymagają argumentów i spójności. To raczej ciągły turniej tańca z gwiazdami, w którym przeciwnik jest jednocześnie ulubionym partnerem w pląsach na parkiecie. Politycy wszystkich obozów potrzebują wroga tak samo, jak kabareciarz potrzebuje puenty – bez niego widowisko nie działa.

A wyborca? Wyborca ma w tym świecie pełnić rolę chóru komentującego akcję i na znak dyrygenta ma się oburzyć gdy trzeba; zachwycić gdy należy; a przede wszystkim wierzyć, że od emocji zależy przyszłość kraju. Tymczasem prawdziwe decyzje zapadają gdzieś w tle – bez fleszy, bez kamer, bez dramatycznych min – a my, zapatrzeni w scenę, oklaskujemy kolejne odsłony farsy.

W efekcie żyjemy w kraju, w którym budowanie nastrojów stało się ważniejsze od budowania czegokolwiek innego. Rządzący i opozycja jak mistrzowie kuchni serwują nam codziennie świeżą porcję strachu, nadziei lub oburzenia – w zależności od potrzeb dnia. To jednak, że danie jest nieświeże i w gruncie rzeczy ciągle to samo, nie ma znaczenia. Liczy się przyprawa: odrobina „ostrego starcia” tu, szczypta „bez nadziei” tam, a dla smaku – obowiązkowe „ani kroku w tył”.

I tak to się kręci. Dopóki kamera nagrywa, a mikrofon działa, Polska zawsze będzie w stanie permanentnej mobilizacji. A my będziemy wierzyć, że właśnie uczestniczymy w najważniejszym momencie historii – bo przecież wczoraj też tak było i jak zwykle – od stuleci – „nigdy więcej” z miesięcznymi pomnikami na różnych placach i dobrze mającymi się nam chamami co to mieli złoty róg.

Polski kocioł na palniku

W Polsce emocje społeczne znów przypominają wodę tuż przed wrzeniem – bulgocą, kipią, ale jeszcze nie kipią na dobre. Zaprzysiężenie nowego prezydenta, Karola Nawrockiego, stało się politycznym trzęsieniem ziemi w skali mikro, które jednak ustawiło tektonikę całego systemu. Dla obozu rządzącego to sygnał, że każda ustawa może utknąć w prezydenckim wicie, a dla opozycji – długo wyczekiwana zapora przed tym, co postrzega jako nadużycia władzy. W efekcie mamy klasyczny pat – pół Polski krzyczy „wreszcie hamulec!”, druga połowa „blokują nas!”.

Tymczasem w portfelach – niespodzianka. Inflacja spadła w lipcu do 3,1% r/r, co teoretycznie powinno dać oddech. W praktyce Polacy nadal czują, że drożyzna nie odpuszcza. Psychologia rynku jest tu bezlitosna: jeśli przez dwa lata ceny wspinały się jak wściekłe, to nawet gdy przestają rosnąć, góra nadal stoi przed nami.

Ale w minionym tygodniu to nie ekonomia była paliwem dyskusji, lecz moralność życia publicznego. Afera „dotacji na jachty” z funduszy KPO przetoczyła się przez media jak letnia burza – głośno, widowiskowo, z piorunami w stronę rządzących elit. Beneficjenci tłumaczyli, że to inwestycje w biznes, a nie w wakacyjne kaprysy, lecz niewielu chciało słuchać. Dominował gniew podszyty cynizmem: „wszyscy tak robią, ale czemu zawsze oni?”.

Na drugim planie tli się ciągle temat migracji. Jeszcze w lipcu marsze antyimigracyjne rozgrzały ulice, a dziś rozgrzewają nagłówki i kolumny opinii. Wzmacnia to narrację „zagrożenia z zewnątrz”, która jest wygodnym paliwem dla partii stawiających na tożsamościowe polaryzacje.

A co na to sondaże? Jak u zaciętej wagi bokserskiej. Koalicja Obywatelska i PiS idą łeb w łeb – po ok. 29–30%. Konfederacja utrzymuje solidne 15%, a mniejsze ugrupowania powoli wyciągają rękę po rozczarowanych wyborców. Trzecia siła w praktyce dyktuje ton debaty – im ostrzej wobec „systemu”, tym lepiej żre.

To, co uderza w zbiorczym obrazie, to przesunięcie punktu ciężkości: mniej rozmawiamy o cenach chleba, bardziej o uczciwości władzy. Ludzie oczekują nie tylko „ciepłej wody w kranie”, ale też poczucia, że kran nie jest prywatną własnością tych, którzy aktualnie mają klucze do kotłowni.

Najbliższe tygodnie zapowiadają się jak partia szachów, w której każdy ruch kończy się okrzykiem „szach!” – ale matu długo jeszcze nie będzie. Prezydenckie weta, kolejne odsłony afery KPO i możliwe odbicie inflacji jesienią sprawią, że Polska pozostanie w stanie polityczno-społecznego wysokiego ciśnienia. A to oznacza, że woda w garnku będzie nadal bulgotać – wystarczy iskra, by przeszła w pełny wrzątek.

Pół na pół

Nowy Prezydent zaprzysiężony. Uroczystość trwała cały dzień. Nawrocki przemawiał aż dwa razy, poza tym – przysięgał, defilował i przejmował co w tym dniu miał oficjalnie do podjęcia i przejęcia ale w najmniejszym stopniu nie przejmował się drugą połową wyborców, którym zapowiedział wojnę. Tak właśnie ! Nowo upieczony Prezydent zapowiedział połowie polskiemu narodowi wojnę polsko-polską !

Ci Polacy, którzy w liczbie prawie 50% czyli plus minus 10 milionów, nie głosowali na Nawrockiego, to – zgodnie z niejednokrotnie publicznie głoszoną doktryną przez niejakiego Jarosława Kaczyńskiego – nie są Polakami i nie zasługują na jakiekolwiek prawa ani względy pisowskiej, skrajnie prawicowej władzy.

A więc wojna – zawtórowali co najbardziej bojowi urzędnicy prezydenckiej kancelarii, którzy dzięki nieudolności obecnej władzy zdołali przetrwać krótki okres strachu i lęku przed poniesieniem odpowiedzialności za poprzednie osiem lat swoich „dokonań” po to by dziś buńczucznie zapowiadać i przygotowywać tumult i rebelię przeciwko legalnej władzy, posiadającej niekwestionowany mandat wyborczy.

Co więc nas czeka w nieszczęsnej ojczyźnie ? Wojna rodziców z dziećmi i dzieci z rodzicami, wojna ojców z matkami i matek z ojcami, wojna między rodzeństwami, wojna krewnych z krewnymi, wojna sąsiadów z sąsiadami tymi z za ściany i tymi za granicami Polski, wojna wierzących z niewierzącymi, wojna płci i preferencji, wojna z kolorem włosów, sposobem ubierania się, wojna o to co kto czyta, ogląda i słucha. Jednym słowem wojna Polaków z Polakami o wszystko – bo tylko wtedy naród zajęty wojną samych z sobą nie będzie w stanie ani patrzeć na ręce pisowskiej władzy a tym bardziej nie będzie zdolny do postawienia tamy łamaniu praw obywatelskich, Konstytucji i pospolitym przekrętom gospodarczym, których tak liczny wysyp mieliśmy przecież w ciągu minionych ośmiu lat rządów PiS.

A jeśli znajdować się będą odważni by upomnieć się o godność, praworządność, o pokój i zgodę w narodzie to szybko wypełniać się będą nimi więzienia – co bez najmniejszych skrupułów już dziś zapowiada Jarosław Kaczyński.

W nie tak dawnej historii naszej ojczyzny mieliśmy Berezę Kartuską i nie jest więc wcale takie nierealne, że historia może się wkrótce powtórzyć.